czwartek, 11 sierpnia 2016

you have nothing to do

Na ekranie wyświetla mi listę "to-do", pustą zupełnie. To dlatego, że pod wpływem "to-do" nie zdążam uzupełniać. Aplikacja, która zasyła mi piękne zdjęcia na dzień dobry i złote myśli tuż po otwarciu przeglądarki, informuje mnie niezmiennie "you have nothing to do".

Kupuję spodnie. Z pomocą Skakanki, która wierzy w moją figurę. Mierząc niewiarygodne przeceny - czternaście złotych za gacie to w rzeczy samej wielki deal - myślę na widok odbicia w lustrze, że naprawdę szałowo. I wtedy Skakanka mówi, Mamo wcale nie wyglądasz grubo. I to jeden z tych komplementow, gdy wiesz, że to nie tyle zachwyt, co solidarna jakaś pociecha.

Plus w czasie moich prywatnych piętnastu minut w przymierzalni, przemierza sklep wydając z siebie odgłosy godzilli, mającego zamiar sprokurować jakąś małą apokalipsę. Grzybek obiera sobie rolę stróża pustego wózka, jedyną w miarę statyczną w tym pejzażu.

Wychodzę z naręczami spodni w powakacyjnej cenie, i wiem, że choć może i "niegrubo", w żadnych z nich nie wyglądam z pewnością chudo. I pamiętam, co powiedziałam wczoraj. Skoro ta bluzka jest zła, spodnie są złe, i spódnica też nie taka, znaczy że problem nie tkwi w nich, tylko we mnie.

Skakanka mówi, ćwicz pięć minut dziennie. Na przykład o jedenastej mogłabym, mówię, ale Plus akurat zrobi kupę i co. To z nią pochodzi, ćwicz mimo wszystko, odpowiada mi córka. Tak, tak, mruczę pod nosem, własnie przygotowuję na ten temat mądre szkolenie.

Ćwicz. W końcu. You have nothing to do.

środa, 10 sierpnia 2016

baban

Dzień toczy się normalnym, spokojnym torem, umożliwiającym skupienie i kontemplację naszego wpadnięcia w codzienność, o czym tak wiele złotych myśli zapisał Heidegger. Plus biega nagi po salonie, w dłoni trzymając pomidora zerwanego z ogródka i krzyczy entuzjastycznie: "baban!!!" Za nim starszaki, wołając to samo. Myślę, czy by nie uwiecznić tego polowania na babana i wysłać foto Boskiemu w nagrodę za pracę na przydomowej roli. Że warto było. Na stole wysypisko przedmiotów ilustrujących lekcję angielskiego, którą w końcu zaczęliśmy, nastraszeni przez władze nowej szkoły Skakanki, że trafi do klasy takiej i ma umieć z dniem 1 września coś. Ona bowiem jako córka anglistki z wykształcenia uczyła się przez sześć lat tylko niemieckiego.

Rozmazuję makijaż, jakimś cudem tego przedpołudnia przymontowany do twarzy, na której niewyspanie już nieopisane namalowało dodatkowe koleiny. Rozmazuję, bo mi się oczy pocą w mojej wolontaryjnej pracy ratowania świata, w której świat ratowany najczęściej ma w głębokim poważaniu te jakże syzyfowe prace. Można było się przespać, pójść na spacer, cokolwiek innego zrobić zamiast świat ratować, to zajęcie przereklamowane i gdy staje się nienormowanym sposobem na życie, nie daje spodziewanej radości z dobra. Raczej cierpienie. Paradoks taki. 

Myślę, szukając w głowie połączeń neuronów odpowiedzialnych za spokojne życie, że Plus jak biega, to się przynajmniej rozgrzeje, zwłaszcza że lato wyszło na papierosa i nie wiadomo, kiedy do nas wróci. Nie mam żadnych spodni, w które wchodzę. Mieliśmy jechać znaleźć jakieś gdzieś, ale sytuacja w domu wymknęła się spod kontroli. Poza tym "gdzieś" i "jakieś" słabo nadaje się na cel podróży dla wyszukiwarki GPSa.

Zaczynam dzieciom opowiadać narrację o świecie zastanym. Śmieją się i słuchają bardziej niż instrukcji i próśb, które na ogół trzeba kilka razy. Skakanka mówi, mamo, mamo, napisz o tym książkę koniecznie!!! zarobisz z tysiąc złotych.

Mimo kuszącej wizji wzbogacenia, książki nie napiszę, nawet blog jakby w miejscu przystanął. Grzybek za to, ze swoją unikatową dysgrafią, zakłada swój pierwszy w historii dziennik. I pisze o uciekającym babanie.

Spokojne życie, fabularyzowany dokument.

piątek, 22 lipca 2016

ale jestem

Dojeżdżam na wieś. Z autem pełnym dzieci. Naszych i od sąsiadów. Obiecałam. Spać szłam o drugiej, żeby móc rano wstać wcześniej i dotrzymać słowa. Niesłowni rodzice są trudni.

Ruch straszny. Kilka razy stłuczka o włos. W końcu dojeżdżamy, mimo podjętych starań później niż planowałam. Starszaki wypadają na podwórko, ja wracam do auta wjechać z Plusem w bramę wjazdową. I gdy zjeżdżam, widzę całe lewe lusterko pełne przedniej maski tira. Widzę, że jest czerwony i ma bardzo dużo świateł. Na dole, na górze i gdzieś pomiędzy. I patrzę ponownie i dalej tam jest, a nawet coraz bliżej. Skąd? Odbijam, wracam na prawą stronę jezdni, mija mnie o włos.

Dzieci mówią, mamo jaki to straszny huk był, jak on trąbił. Trąbił? Nic nie słyszałam, widziałam tylko jego odbicie w lusterku pełnym zdumienia.

I myślę, to nieprawda, że ludziom przed śmiercią wyświetla się reel najpiękniejszych czy najgorszych momentów. Pamiętam tylko zdziwienie, ileż on ma tych świateł. I jak wylądował na tym zakręcie.

Na fali obchodzonych przeze mnie już prawie od tygodnia urodzin, nadal jestem. Na wsi, w słońcu, bez mleka do kawy, ale skołuję zaraz od sąsiadów - jest przecież co świętować i to hucznie.

--Sent from my portable device