wtorek, 20 września 2016

siedzieć w domu

Po nocy, która trwała dzisiaj półtorej godziny, po dramatycznej histerii Plusa o szóstej rano, odstawionego od piersi z powodu siódmego mojego w tym roku antybiotyku, po poranku, który był próbą tylko towarzyszenia mu, gdy nie wie, czego chce i nie wiadomo, co zrobić, żeby pomóc; po niewypitej do tej pory jeszcze herbacie, oświadczam, że mężczyznę, który wymyślił sentencję "kobieta siedzi w domu" należało od razu potraktować zgodnie ze średniowiecznym systemem karnym - przyrodzenie przybić gwoździem do balustrady mostu, a do rąk podać tasak.


poniedziałek, 19 września 2016

teren podminowany

Wchodzę z ogródka do kuchni, by podać obiad rodzinie. Odkrywam pokrywki z garnków i uderza mnie zapach niezwykle intensywny. Na początku powtarzam sobie, że zapach potraw niekiedy bywa mylący i nie stanowi przesłanki do wyrokowania o smaku. Potem próbuję sobie przypomnieć, jakich dodałam przypraw. Wraz z intensyfikacją woni do momentu szczypania w oczy zastanawiam się, czy jarzyny dodane do mięsa z mrożonki mogły być zepsute. W końcu nachodzą mnie pewne podejrzenia.

- Nie wdepnęłaś w coś? - pytam Skakanki.

Sprawdzamy jej buty. Ok. Zaglądam w moje żarówiasto różowe imitacje słynnego obuwia marki Crocs i oczom moim ukazuje się gignatycznych rozmiarów mina poślizgowa, zostawiona prawdopowodobnie przez kota. Lub, sądząc po wielkości,  przez tygrysa. A jeśli to nasz kot był, to znaczy, że nie głoduje, choć wydawało mi się, że karmimy słabo.

Z przyczyn technicznych (sytuacja wymagała zamknięcia piętra i zatarcia śladów) obiad opóźnia się o pół godziny. I po co ja powiedziałam umierającemu z głodu Boskiemu: "nie jedz już kanapki, zaraz jest obiad"?

inauguracja

Skakanka poszła dziś pierwszy dzień do gimnazjum. Obsunięcie terminu z powodu operacji i komplikacji. Tak więc o 6:05 czasu środkowo-dolnośląskiego mam w końcu pełną inaugurację września (nie, żebym dotychczas wstawała później, choć czasem się zdarzało). Dwuosobowy starszy narybek z Boskim opuszcza lokal o 6:45 z powodu błędu kierowcy. Kierowca w zeszłą środę autem o nadprogramowym widocznie gabarycie niefortunnie zahaczył o wiadukt kolejowy, znajdujący się na centralnym węźle przy wjeździe na do miasta od naszej strony. Wynikiem czego nieprzejezdny stał się nie tylko wiadukt, ale także droga pod nim. Od tego czasu 12 czy 15 km potrzebne, by dojechać do szkoły, wymaga spędzenia dwóch godzin w aucie. Więc nie wiem, czy zapas czasu nie był
za krótki.

Zostajemy na polu chwały z Plusem. Najpierw staramy się przetrwać poranne ciemności. Plus przyklejony do mnie i marudzący cicho mógłby być moim wewnętrznym głosem. Patrzymy za okno. Żadna ilość kawy nie jest w stanie tu pomóc. I myślę, czy ja upadłam na głowę, że miałam pewne
zastrzeżenia do wrześniowych upałów? Poinformowałam już rodzinę i sąsiadów, że ja protestuję wobec zmiany temperatury, wilgotności i światła, tak nagłej. Nie znajdę jesiennej odzieży ani butów, bo się na to nie zgadzam. Strajk włoski.

Mogłabym nawet jakąś petycję i zebrać podpisy on-line, tylko obawiam się, że stacja meteo i tak nie rozpatrzy. Jesień rozsiada się w fotelu, jakby ją ktoś zapraszał, i - jak gość na przyjęciu, który kradnie całą uwagę zebranych na swoje tylko anegdoty, żarty i problemy zdrowotne - zaczyna opowiadać deszczowe historie.

Pora na inaugurację Okruchów, trzeba jej trochę odebrać głos.

czwartek, 11 sierpnia 2016

you have nothing to do

Na ekranie wyświetla mi listę "to-do", pustą zupełnie. To dlatego, że pod wpływem "to-do" nie zdążam uzupełniać. Aplikacja, która zasyła mi piękne zdjęcia na dzień dobry i złote myśli tuż po otwarciu przeglądarki, informuje mnie niezmiennie "you have nothing to do".

Kupuję spodnie. Z pomocą Skakanki, która wierzy w moją figurę. Mierząc niewiarygodne przeceny - czternaście złotych za gacie to w rzeczy samej wielki deal - myślę na widok odbicia w lustrze, że naprawdę szałowo. I wtedy Skakanka mówi, Mamo wcale nie wyglądasz grubo. I to jeden z tych komplementow, gdy wiesz, że to nie tyle zachwyt, co solidarna jakaś pociecha.

Plus w czasie moich prywatnych piętnastu minut w przymierzalni, przemierza sklep wydając z siebie odgłosy godzilli, mającego zamiar sprokurować jakąś małą apokalipsę. Grzybek obiera sobie rolę stróża pustego wózka, jedyną w miarę statyczną w tym pejzażu.

Wychodzę z naręczami spodni w powakacyjnej cenie, i wiem, że choć może i "niegrubo", w żadnych z nich nie wyglądam z pewnością chudo. I pamiętam, co powiedziałam wczoraj. Skoro ta bluzka jest zła, spodnie są złe, i spódnica też nie taka, znaczy że problem nie tkwi w nich, tylko we mnie.

Skakanka mówi, ćwicz pięć minut dziennie. Na przykład o jedenastej mogłabym, mówię, ale Plus akurat zrobi kupę i co. To z nią pochodzi, ćwicz mimo wszystko, odpowiada mi córka. Tak, tak, mruczę pod nosem, własnie przygotowuję na ten temat mądre szkolenie.

Ćwicz. W końcu. You have nothing to do.