poniedziałek, 16 października 2017

pustynia

Wracam autem i im dalej od miasta, tym gęstsza mgła. Coś jakby ziemia wzruszała się, przypominając sobie z wieczora, jaka pora roku. Bo w dzień zapomniała się i wpadła w taniec letniej beztroski. Dwadzieścia pięć stopni i dwie pralki wyschnięte, panie, od ręki. Powietrze tak ciepłe, że dom trzeba było otwierać na oścież, by go naturalnie ogrzać. I Plus biegał w sandałach bez skarpetek. Tylko Boski Andy w korporacji mało spotkał się z tymi szalonymi temperaturami dnia.

Myślę, że tak to jest na pustyni. Między dniem i nocą tak rozrzutne amplitudy. W dzień koszulka bez rękawów, w nocy - białe szyby zaparkowanych aut i unosząca się para.

Pustynia ma w sobie nieodparte i urzekające piękno. Coś ci zabiera, coś ci daje. Wychodzisz ze swojej wioski, która wydawała ci się całym światem, i nagle okazuje się, że nie śniło ci się, jak fascynujące miejsca istnieją poza horyzontem. Przechodzisz przez nie już bez dawnego poczucia "swojskości", jakie towarzyszyło ci w twojej osadzie, ale każdą oazę zwiedzasz na boso, jak gość, który dzisiaj jest, a jutro go już nie będzie.

Podobnie napotkani na pustyni ludzie. Jak różne są to spotkania od znanych rytuałów własnego plemienia. Nie ma już "grupy", która z jednej strony dawała ci jakieś bezpieczeństwo, ale w której to, co wspólne, mogło przykryć to, co szczególne i jednostkowe. Każdego spotkanego człowieka widzisz w pełnej ostrości, na tle piasku i nieba. Nic ciebie nie rozprasza. Żaden projekt, żaden cel sięgający ponad stulecia. Jest tylko to, co się wydarza między osobami. Zaufanie, czas, wymiana. Bez pędu i gonitwy.

Potem wieczór pełen gwiazd i rzeźkość, która zapowiada poranek.

Jeszcze wracają wspomnienia, jeszcze bolą rany. Jeszcze czasem zamiera coś w środku w poszukiwaniu odpowiedzi. Jeszcze tracisz ludzi, jak się traci skarby, które zabrała wojna. I o każdego straconego, który odszedł, jesteś starsza. Ale jest to już księga, której karty przerzucił wiatr i ją zatrzasnął.

Na pustyni historia jest zawsze in medias res, w środku wydarzeń, między wyjściem a przybyciem. Między początkiem a końcem. Tu czas nie goni - on jest twój, możesz się nim otulić. Możesz w końcu spotkać siebie. W pełnej ostrości, na tle piasku i nieba. Nie jesteś niczyją własnością. Nie jesteś też niczyją konkurencją i nikt nie powie ci, że zabierasz za dużo miejsca. Że za dużo oddychasz, zbyt samodzielnie myślisz, za głośno się śmiejesz, choć ty przecież zadowalałaś się najmniejszymi okruchami, jak kościelna myszka. Możesz teraz rozłożyć swój koc na takim poletku piasku, jakie ci potrzebne. Jakie wyznacza twoje własne i niezbywalne miejsce na ziemi.

I wyjdziesz z pustyni już zupełnie innym człowiekiem. Przestronnym w środku, skupionym, z oczami pełnymi słońca i gwiazd.

piątek, 28 lipca 2017

morze braku

Staję nad wodą, która łasi się do stóp. Przybywa z dali, bawi się, marszczy, tu łagodna i bliska, tam dalej - nie wiadomo, gdzie się kończy. 

Stoję zdumiona wielkim brakiem słów we mnie. Jak nad przerwanym mostem, na który nie warto już próbować wchodzić z żadnym pytaniem, bo przepaść jest nie do objęcia. Znaki zapytania wpadają do niej i lecą tak długo na łeb, na szyję, że nie wydarza się nawet żaden plusk.

Witam się ze wspomnieniami, witam się z nauką czytania wstecz wszystkiego, co stało się i widzę, że dopiero teraz rozumiem język, w którym dokonały się czasowniki. Trudziłam się na próżno. Walczyłam o inne rzeczy, niż te, które były do wygrania. Pomyliłam się.

Woła mnie znad brzegu wody świat dziejący się naprawdę. Boski Andy, co dejechał dziś po nas pociągiem, dzieci, w tym Plus, który cieszy się, jakby ktoś dla niego stwarzał świat codziennie od nowa i on widział go znowu co rano po raz pierwszy. Wydobywam się dla nich z czeluści braku słów we mnie. Wyciągają mnie z tej toni na brzeg. 

Kopiemy w plaży dziurę na drugą stronę świata. 

środa, 26 lipca 2017

suite francaise

Obejrzałam Suite Francaise. Nie zauważyłam, kiedy nakręcili film. Za to pamiętałam dobrze, że czytałam książkę i pisałam o tym kilka zdań.

Szmat czasu zajęło mi znalezienie tych śladów. Okazało się, że to było prawie 10 lat temu. W mojej głowie ten czas był krótszy o połowę. Gdzie się podział? Czy na koniec życia będzie podobnie? Zdmuchując 80 świeczek z tortu w kształcie okręgu z bardzo dużym phi - będę mówić do siebie, gdy inni w tym czasie "sto lat", że phi! wydawało mi się, że za mną tylko 40?

Musiałam dokopać się do takich miejsc mojego pisania w sieci, o których myślałam, że internet dawno zapomniał i zutylizował w wielkiej spalarni pozostawionych słów. Dzień po dniu przejrzałam kilka lat swojego życia. Jestem zdumiona, ileż ja okruchów zwykłych dni ubrałam w słowa.

Książka, pamietałam, że nie miała końca, bo autorkę wywieziono do Auschwitz. Manuskrypt przeleżał w szafie 60 lat, zanim znalazła go córka. Ja znalazłam Suite Francaise po angielsku w lumpeksie, czyli też na smietniku historii, gdzie rzeczy czekają, aż je ktoś weźmie i da im drugie życie, niezależnie od tego, czy pierwsze było bajeczne czy raczej niewypał.

Film miał koniec.

Podobał mi się, mimo że raczej melodramat. Może dlatego, że więcej w nim było dramatu. Podobały mi się w nim niedopowiedzenia. Podobała mi się kruchość głównej bohaterki, która niby mogła jej przeszkadzać i zaprzepaszczać wszystko, a pozwoliła jej wiele wygrać. Wydarzało się to nie pomimo, ale dzięki kruchości, zamienionej w wewnętrzne światło.

Archiwalne wpisy TU i TU.. Zamieszczam chyba z radości, że wygralam ze swoją pamięcią i je znalazłam. Trzy lata wcześniej, niż myślałam. A wszystko jakby wczoraj.