piątek, 26 grudnia 2014

chwila dla siebie

Fejsbuk mi pisze, że podsumował mi rok i mogę sobie udostępnić. Wita mnie zdjęciem USG Plusa, gdy miał ze dwa miesiące, a kończy wyprawą do Szkocji. Jakoś nie, dziękuję. Jakoś nie za wiele tam porywających klatek, jakby kamerzysta trochę przespał. Jakoś mi social networking ciągle pobrzmiewa fałszywie, owa wydana na pastwę losu autoprezentacja, pół biedy - gdy oglądają nas friends.

Choć kiedyś przecież pytano, po co piszesz bloga, to takie osobiste.

Gdybym była Johnem Keatsem, pisałabym strofy i umarła na gruźlicę. Rzuciłabym wszystko na szalę pisania, na pastwę recenzentów gorszych niż te dziewięćdziesiąt procent fb znajomych, którzy nie dają lajków, ale myślą sobie. Że nie jestem Keatsem, bywam tylko na blogu.

Z wielorakich funkcji pisania ma ono bowiem też i tą, że wygładza fale spienionego dnia, stawia nad nim kropkę, uspokaja wszelkie wydarzanie się. Z wszystkich wydarzeń pozwala wybrać to najmniej znaczące, jak wówczas, gdy w wypełnionym po brzegi parafialnym kościele sąsiadka i mama sześciorga wyciąga cię z tłumu i sadza na swoim miejscu, dzięki czemu spokojnie zasypiasz na kazaniu. Mając tak zwaną chwilę dla siebie. I Plusa, który zasnął chwilę wcześniej.

czwartek, 25 grudnia 2014

realistyczna strona magii Świąt

Może z większym trudem zapinając pasy, wstając, chodząc, leżąc - myślę o szczegółach podróży na osiołku (powinnam spakować torbę do szpitala), konieczności cywilnej zapisania się z Betlejem (i mojej rychłej wizycie w ZUS), i że Oni wcale nie jechali na Święta. Święta Ich zastały w podróży, po drodze. Dzięki czemu to my mamy co świętować i na co czekać przez cały Adwent.

Wszystkie utrudnienia sprawiają, że coraz bardziej bym Plusa chciała widzieć już po drugiej stronie. I by nie doświadczał tej ciasnoty mieszkaniowej, która już musi być jego udziałem.

Grzybek dziś podlicza, że nas dużo, bo on, Skakanka, Okruszek w Niebie i jedno w moim brzuchu. Patrzę na nas i nie czuję się stara, ale widzę, że czas nam służy. Nowe miejsce jest coraz bardziej "nasze", zapełnione książkami połykanymi przez dzieci, modelami samolotów sklejanymi przez Boskiego z Grzybkiem, a teraz też choinką bez czubka.

Póki co też bez firanek.

wtorek, 23 grudnia 2014

przedświąteczny relaks

Najlepsze wifi mam w kotłowni. Z laptopem na skrzynce z narzędziami. Brakuje tu tylko baniaka z wodą z uwagi na temperatury zwrotnikowe.

Kota znajduję wczoraj na półce z ubraniami, które miałam posegregować celem rozpakowania reszty kartonów. Bowiem odzież mam obecnie we wszystkich rozmiarach, stosownie do stanu, jak z trzech osób, nie z jednej. Kot na półce śpi. Potem śpi w kartonie w suszarni, gdzie pranie czeka na składanie. Na białym podkoszulku na wf Grzybka. Dziś śpi na nieuszytych firankach. Zastanawiam się, czy swoją obecnością znaczy miejsca zaległe, czy te, które należy odroczyć na czas bliżej nieokreślony. Śpi i wyleguje się bowiem absolutnie beztrosko.

Do drożdży daleko, jeszcze czekają na nasze spotkanie w sklepie, który wydaje się być na księżycu. Leżą na sklepowej półce równie beztrosko jak kot w firanach. Nieodwzajemniona za nimi tęsknota tylko we mnie. A gdzież do makowców.

Choinka piękna jak las jeszcze goła, ale już w salonie. Gonię lata świetlne, gonię.

Choć postanawiam właśnie, że dla odmiany już nie będę.

niedziela, 21 grudnia 2014

na końcówce baterii

W kominku dogasa. Komputer wyświetla, że zostało mu baterii na ledwo. Podobnie się czuję w zakresie sił sprawczych. Kwestia pokonania jeszcze Mount Everestu schodów w górę. Jest to ciekawy moment i dobrze znany od przeprowadzki, że brakuje sił na to, by teraz móc odpocząć. Człowiek by coś przeczytał czy obejrzał, ale to wchodziło w grę ze trzy godziny temu, gdy jeszcze się nie dało z powodu życia bieżącego. A ono bieży nieustannie.

Wierzę, że wkrótce stop klatka. Wzięcie w nawias planów, pozostawienie tylko ludzi, z którymi niech nas połączą kilometry planowanego przez dzieci łańcucha na choinkę.

Wierzę, że za oknem kiedyś będą drzewa, pod drugiej stronie ład i fantazja firanek, a we mnie taka cisza, że słowa przychodzić będą jak małe kundelki, które pogłaszczę, oswoję i oddam w dobre ręce.

Póki co Plus wiercąc się, kopiąc i stukając, wygrywa najpiękniejszą melodię burzliwego życia wewnętrznego.

sobota, 20 grudnia 2014

pod regałem z perfumami

Postanawiam być w sklepie na ostatnich (?) zakupach przedświątecznych zanim wpadną na to wszyscy. Więc rano. Udaje mi się w zasadzie. Jeszcze w alejkach przestrzennie. Plus mieści się przodem bez potrącania, choć alejki węższe z powodu rzucenia wielkich ilości towaru, na który rzucą się klienci. To, co chciałam, jest. Wydaje mi się, że prezenty w pełni spersonalizowane, choć cień niepewności zostanie na zawsze.

Potem znanej sieciówce kolęduję pod regałem z perfumami. Zapomniałam, po co wpadłam. Miałam wyposażyć zawartość szpitalnej torby na okazję rychłego porodu, ale zapomniałam też stosownej karty dla oczekujących i matek. Pod regałem z pachnidłami oglądam pomysły na prezent. A potem oglądam tylko dlatego, bo przyszłam wcześnie i jak mi się wydaje, mam dużo czasu. W końcu sięgam po flakonik na półce bardzo niskiej, gdzie ceny przystępne i używam testera. A potem żałuję, bo wiem, że nie kupię. Moim losem oblewać się perfumami podarowanymi po rodzinie, które kiedyś kupiono, ale się nie spodobało. Więc gdy Czytelnik myśli, że mam jakiś "swój" zapach, to prostuję, że jestem wypadkową niechcianych zapachów po krewnych.

Potem kupuję mąkę i przyprawę do piernika, i masło i tym podobne, zawiewając sobie najpiękniejszą na świecie perfumą z dolnej półki. I zawiewam nią także wtedy, gdy gonię pusty wózek, który wiatr popycha po parkingu, mój jedyny pomocnik. I teraz jeszcze też, gdy horyzontalnie przed zgaszeniem świateł piszę w swoim literackim spa.

W domu uświadamiam sobie, że skończył się szampon do włosów i miałam do sieciówki po to. Ale może da się i płynem do naczyń. W końcu radzę sobie niebywale.

piątek, 5 grudnia 2014

fortepianista

Grzybek skoro świt przychodzi opowiedzieć, kim był Chopin. Otóż "był znanym fortepianistą" i "mieszkał w Żelaznej Woli". Boski poprawia go, że chyba "pianistą". Syn zamyśla się i mówi tonem wybaczającym tacie niewiedzę: "no, ale częściej grał na fortepianie".

Jednak coś z kultury jeszcze w naszym domu zostało, myślę, poza dzikim galopem przygód z pękającymi rurami, Dosią, co o czwartej rano solidarnie własnym ulubionym ręcznikiem kąpielowym ratowała parter z potopu, noszeniem drwa przez ciężarną i dalszym odzwyczajaniem się od samochodu.

Na szkole rodzenia pytają niektórzy, po co chodzisz, to już któreś z kolei, a ja się cieszę, bo w tym wszystkim mogłabym ten poród jakoś przegapić. Nie wyrobić się z terminem, nie dojechać, pomylić odpływające wody z kolejną powodzią hydrauliczną.*

Plus nadal kopniakami przywołuje mnie do porządku. A teraz mówi: już spać. i życzę sobie, by z okazji św. Mikołaja przyśnił mi się koncert fortepianowy e-mol, zakończony pogodnym rondo vivace.

*jeden z uczestników szkoły, niezwykle dowcipny kucharz, zapytany o wybrane miejsce porodu, odpowiada: oczywiście, że w domu, bo w żadnym szpitalu takich wariatów nie przyjmą. Cóż, plus dla Plusa byłby taki, że jeszcze może by go Mama w ostatnich chwilach życia ukrytego zdążyła opisać na blogu.

piątek, 28 listopada 2014

balans

Wstaję ogarniać dzieci wcześnie, bo jak się nie wyjedzie o 7:10 do miasta, to przepadł w korku. Piorę rzeczy, które kot obsikał, przedzierając się przez stosy innych nieobsikanych. Wstawiam na kuchnię, wycieram, podnoszę, starając się nie zgnieść Plusa. Potykam się o umywalkę z łazienki, którą wczoraj hydraulik bezceremonialnie rozpruł, by naprawić pękniętą w ścianie rurkę. Całą podłogę w salonie wypełniają gazety na rozpałkę i nie ma kogo zapytać, kto to zrobił i po co. Firanki składam do szafki z powodu braku wiertarki, operatora wiertarki i karniszy. Może za dwa lata do tematu wrócimy jakoś. Śniadanie jem na stojąco, żeby zdążyć, ale minęły już dwie godziny działań celowych, i już nie zdążyłam.

Plus kopie i mówi, siadaj. Powinnam wyłączyć maile, powinnam się nie denerwować. Powinnam patrzeć za okno i książkę pisać o work-life balance, o równowadze, o życiu zharmonizowanym z pracą, popijając wodę i słuchając Bacha., żeby Plus miał ciekawe życie wewnętrzne. Ale nie mamy sprzętu muzycznego, gdyż 40-letnia unitra się w nowym domu nie mieści.

Work-life balance to taniec na linie z ciężarkami po obu stronach. I z przodu. Łyżwiarstwo ogromnie figurowe w już prawie 8. miesiącu życia Plusa. Sztuka misterna. Łatwiej byłoby od razu na emeryturze.

czwartek, 13 listopada 2014

mały domek na prerii

Na ścianach komary. Taki sobie robią chyba dom pogodnej starości. 

Na kanapie siedząc robię na drutach. Piszę o tym, bo nie wierzyłam, że ten moment nadejdzie. Że się siądzie. Bo nadal czegoś brak, czegoś nie ma, żarówki dyndają na kablach z sufitów. Ale dopóki się nie siądzie z córką z drutami, albo z synem w karty pograć, to jakby domu nie było. I z Boskim nawet obejrzeliśmy 20 minut filmu fabularnego. Potem dopadła nas nieprzytomność tak wielka, że seans został odłożony na "potem". Które to może nastąpi za tydzień, kto to wie. Ale dom można nazwać domem.

Z zepsutym autem na wsi utknęłam na dobre.  Plus chyba się cieszy, że mniej czasu za kierownicą, gdzie pas dla niego już mało bezpieczny, a moja jazda na ostatnią chwilę jak we włoskim filmie bezpieczeństwu nie sprzyja. Więc się wiosce i ograniczeniu poddaję.

Każdy dzień zaczynają wielkie plany. Potem weryfikacja.

Komary mówią na ścianie, że życie jest pełne niespodzianek, jak lato w listopadzie i takie ich u nas sanatorium, taka cicha przystań i słońce kradzione na ścianie, żeby przymrozek nie przyprawił ich o reumatyzm. Niech są.

sobota, 1 listopada 2014

manikiur

Pomalowałam paznokcie i na klawiaturze suszę. Przegrzewający się procesor wspomaga health and beauty. Może health trochę mniej, dodaję po namyśle. Manikiur to dla mnie zawsze strata czasu i zwlekam, dopóki w sklepie się nie wstydzę, podając należną kwotę.

Ostatni raz malowałam na szkocką eskapadę tydzień temu. W nocy przed samolotem, który wzniósł w chmury mnie razem z Plusem. Plus, co dopiero co spadł z Nieba, mógł w swoje rodzinne okolice się wybrać i mam wrażenie, że podobało mu się. Latanie ma w sobie coś zupełnie czarodziejskiego, nie tylko, że kupa złomu podrywa się i zyskuje prędkość osiemset na godzinę. Latanie też odrywa człowieka od ziemi i pozbawia nadbagażu. W krótkich minutach startu staje człowiekowi przed oczami całe życie, a potem z góry wygląda na bardziej manageable niż na ziemi. Ale pomalowane naprędce lakierem bezbarwnym paznokcie przylepiły się wtedy podczas tego, co z nocy zostało, do poduszki. Zostały z całej pracy nędzne resztki, temat na wpis.

Nie pierwszy to raz do beauty zabrakło cierpliwości. A przecież Pan Bóg po coś też dał ciało, zanim rozsypie się na proszek.

Wyschły. Jedziemy. Dobrego świętowania.



poniedziałek, 20 października 2014

chwila dla słów

Na oknie nowego home office zatrzymała się zielona gąsienica. Teraz pokryła ją mgiełka. Nie wiem, czy ta kołderka z niby-waty uchroni ją przed pierwszymi przymrozkami, ale czekam, że może jednak rozwinie skrzydła i jakoś ucieleśni kolejną historię o brzydkim kaczątku, którego nigdzie nie chcieli.

Wypisuję listę to do. Nie wiem, gdzie dopisać śniadanie. Za dziesięć lat nikt nie będzie pamiętał tej chwili, a za oknem może będą już rosły jakieś drzewa.

Suszę liście dla Grzybka w słowniku poprawnej polszczyzny. Na to dziś może się przydać papierowy wolumin. Na szczęście nie da się wysuszyć liści na laptopie w internecie, w odróżnieniu od poprawiania słów.

W torebce gdzieś pióro poświadcza, że słowa jeszcze się pisze odręcznie. Coraz bardziej jedynie w postaci praktycznej notatki, by co nie wyleciało z głowy. Atrament mało już nosi słów od ludzi do ludzi, przytwierdza je już tylko w postaci karteczek samoprzylepnych do pamięci.

Co za radość, że mimo technologicznej zawieruchy, słowa ocalały.

sobota, 18 października 2014

faza transformacji

Miały być okruchy, a walają się tu wszędzie koty. Koty z kurzu. Spodziewanie się, że faza transformacji rychło się skończy, i czekanie z pisaniem na ten moment może być zgubną taktyką. Jesień zagląda w nowe okna i mówi: nie piszesz nic o mnie, zajęta taka. A przecież pisanie zawsze było jedyną dostępną formą zatroszczenia się o siebie. Mój wewnętrzny pisarzyk skurczył się jak zagłodzona sierotka. Może trzeba tylko wpuścić jej trochę światła i uśmiechnie się w końcu.

Faza transformacji wczoraj jechała 7 godzin polskim busem z Plusem, który darmo wołał o dopływ powietrza i zastanawiałam się, czy zacznę mu tlen fotosyntezować. I jakie ewentualne skutki niedotlenienia na rozwój mięśni czy komórek nerwowych. I że kobiety na wojnie miały trudniej.

Faza transformacji siedzi na fotelu, a wszędzie jak okiem sięgnąć leżą schody. Których montaż dzisiaj. Wyrwało gdzieś drzwi od szafek od kuchni, ale jest już kran. Na dworze deszcz jesienny rozpuszcza wielkoformatowe kartony, złożone na niebyłe i niedoszłe ognisko.  Ja nie znalazłam zapałek, a sąsiad czasu i tak nam zeszło. Może wynaleźliśmy własnie kartonowy nawóz pod trawę, którą może się uda na wiosnę.

Faza transformacji wraca z Boskim na wieś o dwudziestej i piorunem kulistym obraca nowe pokoje dzieci w stare pobojowisko. Może jeszcze tylko trzeba dostawić nową półkę albo wynieść stary stolik na graty. Może z czasem minie przyzwyczajenie szukania "skarpetek na dziś" w kartonie.

Może.

Kontrola nad rzeczywistością w rzeczy samej może ograniczyć się w tej chwili do okienka edytora tekstu.


środa, 10 września 2014

expat camp

Gdy wychodzę do lekarza zakaźnego od chorób od kota, kot wpada do klopa. Cudem ratuje swoje życie i wstrząśnięty biega po domu. Wsadzam go do wanny i myję szamponem do włosów yves rocher, podczas gdy kocię wbija się pazurami w moją wyjściową sukienkę, usiłując ratować życie po raz kolejny. Walkę wygrywam.

Wybiegam z domu mokra, bez teczki z wynikami, bez auta, bo Boski zapomniał i dopiero nadjeżdża. Pani doktór kotów nie lubi i każe wyrzucić.

O piątej rano Grzybek zaczyna wymiotować. O 14:30 Skakanka z kolejnym chirurgiem widzi się w sprawie złamania ręki lub nie.

W siódmych potach na moim legowisku na podłodze odmawiam wszystkie znane mi modlitwy, choć idzie ciężko. Rozmyślam, czy Plus chorując ze mną czuje się równie źle, czy choć trochę lepiej, i że mogło być gorzej, chyba że dolegliwości z Grzybka przejdą i na mnie. Jestem jak jeniec wojenny, repatriant, siedem nieszczęść. Nie reaguję na wygórowane oczekiwania, rozpoczęłam strajk okupacyjny w obronie Plusa. Momentami przechodzący w głodówkę, gdy trudno zebrać siły celem udania się do kuchni.

Choć kluczowi dla poprawy kondycji psychicznej i rozwiązania problemów dużego kalibru ludzie nie mają czasu ani możliwości, od tak wielu osób otrzymuję znaki wsparcia, że pozostaje mi tylko bardzo podziękować. Dziękuję. Uczę się od Was.


wtorek, 9 września 2014

kocie życie

Jak cudownym stworzeniem jest dziki kotek. Mały jak trzy grosze, łazi po kątach, bryka w czeluściach, wynosząc na sobie kurzowe trofea.

Gdy człowiek ma wrażenie, że koniec jest bliski, choć to tylko jakaś grypa, i leży na podarowanym materacu na podłodze, wśród stert wszystkiego, bo wyprowadzka, kotek skrada się niespodzianie wylizać mi twarz mokrą od łez. Wszelkie normy bakteriologiczne mając w nosie.

Kotek nie udaje, że kocha za coś więcej niż jedzenie i picie, więc wszystko jest jasne. Taki powiedzmy sobie deal. Nic nie trzeba od niego oczekiwać ani wzajemnie. Wtula się w dres i iska go, mrucząc przeokropnie, bo pamięta, że istnieje instytucja matki i instynktownie mu jej brak. Więc użyczam ja, użycza Skakanka, żeby nie miał emocjonalnych deficytów. Bycie matką zastępczą nie jest bardzo obciążające. Gorzej trochę z kuwetą.

Nocą śnię koszmary, że Plusowi w brzuchu dzieje się krzywda.

Gdy ja na posłaniu Łazarza pobieram korepetycje z samo(nie)wystarczalności, Boski Andy dwoi się i troi. Skakanka ma podejrzenie złamania ręki, zaczęły się wywiadówki. Kampania wrześniowa trwa.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

jesień w okopach

Na wsi do drzwi puka jesień. Nie czeka na żadne tam "proszę". Choć drzwi zamykam, wciska się każdą szparą. Palę pod kuchnią. Przetykam komin. Myślę o kobietach na wojnie, których mężowie walczyli w okopach i one nosiły drwa, gotowały i troszczyły się o latorośle - swoje i te osierocone przez dziejową zawieruchę.

Dzieci mam teraz piątkę, plus Plusa, plus chorego kotka. Kotek leży podłączony do poduszki elektrycznej. Wczoraj i dziś na zastrzykach i kroplówkach, odmówił bowiem jedzenia. W zagrożeniu hipotermią, najchętniej byłby lulany w ramionach, ale przecież nie da się ciągle. Wygląda jak kotka ćwiartka. Więc mu gotuję i grzeję także, myśląc, jak to się będziemy jutro pakować i w siną dal jechać.

Ja sama też sina, bo zimno, a wyprałam akurat wszystkie ciepłe rzeczy. Zwiodło mnie słońce, co się przez szybkę uśmiechało rano.

Stos naczyń nie reaguje na prośby, by choć raz dorósł i umył się sam.

Wszystko wokół wymaga opieki i tylko czasem jakby pytanie takie, czy ktoś nie mógłby zaopiekować się opiekunką. Ściskam w ręku biały kamyk, wierząc, że wojna wkrótce minie.

wtorek, 19 sierpnia 2014

towarzystwo

Rano gdy w kuchni przewracam kartki jutrzni, kot zawija mi się w nogawki od spodni od pidżamy. Mały taki, że trudno uwierzyć, że tak małe bywają kotki. Potem skacze na niewidzialne przeszkody, goni niewidzialne muchy i myszy i wszędzie go pełno. I czuję się jak staruszek Pettson, który nagle zyskał towarzysza. I jeszcze nie wie, przeszkadza mu on czy rozwesela.

Gdy to piszę, minęła północ. Kot, z litości wzięty z chłodnego końcem lata przedsionka do pokoju, zasnął niepostrzeżenie za moimi plecami, choć przecież nie ogłosiliśmy jeszcze wzajemnej przyjaźni. Przykrywam go kocem, żeby mu reumatyzm za młodu łap nie powykręcał. Znalezione gdzieś w szafie grube skarpety na nogi wkładam i zaraz szurać będę ku spaniu także.

Powiedziała Louise w Barthomley, że zegar to wielki przyjaciel człowieka, bo tykaniem mu towarzyszy. Co mnie zdumiało, gdyż raczej zawsze mi czas odliczał niecierpliwie, wydzielał go zawsze zbyt mało, raczej niż był sprzymierzeńcem. Ale jakimi dźwiękami dom napełnia kot, gdy się bawi z firanką bądź z impetem skacze na fotel i w niego nie trafia. Cichy tupot miękkich poduszek i pazurów mówi, że zupełnie niezależny, ale jednak towarzysz, jest. Tak obecny, że wszędzie możesz się o niego potknąć. Dlatego chodzisz ostrożniej.

wtorek, 12 sierpnia 2014

jak dostałam kota

Kotek wygląda jak Findus z serii Svena Nordquista (TU i TU). Brakuje tylko spodni w zielone prążki.

A było z nim tak.

Mateusz na wsi powiedział Skakance: mamy małe kotki. Skakanka miała obiecanego kota razem z domem. Od jakiś trzech lat znaczy. Boski Andy nie jest miłośnikiem kotów. Poprosiłyśmy: zapytaj rodziców Mateusza, czy kotek jest na wydaniu. Po meczu, gdy poziom endorfin był spory.

Ponieważ niedzielę wieczorem obłożył kontakt z dwiema półkulami (nie mózgu) w czasie możliwym dla jakże różnych stref czasowych, a u Boskiego rozmowa jeszcze ze stolarzem, rano zaś jego odjazd w siną dal pracy, nie wiedziałam, jak przebiegły rozmowy.

Rano dostarczono kota. Wraz z reklamówką sianka.

Telefonicznie ustaliłam z Boskim, iż ustaleń odnośnie dostarczenia nie było. Ale cóż zrobić. Klamka zapadła, kotek u płota.

W ten sposób staliśmy się posiadaczami zwierzęcia typu "pet". Kotek mieszka w przedsionku nie naszego domu na wsi.

Zdaje się, że do naszego gierkowskiego M nie mamy już po co wracać. Być może kotek o wyglądzie Findusa przyspieszył naszą wyprowadzkę o kilka niepodjętych decyzji i kilka tygodni. Życie obecnie możliwe jest w wersji tylko z dnia na dzień, z reklamówką sianka i zapakowanej z domu odzieży. Ciąg dalszy - jaki i kiedy - nieznany. Ale nastąpi.


wtorek, 5 sierpnia 2014

wolny ptak

Pisze mi Georgiana, aleś smutno napisała. No, smutno wyszło, wbrew założeniom programowym okruchów, gdzie miało być głównie na wesoło. Więc obiecuję szybko jakoś to naprawić.

Więc mój zawód to wolny ptak. Od dzieciaka począwszy, zawodowo miałam kilka marzeń. Najpierw - zostać anglistką, bo gdy znalazłam książkę dla samouków Taty - ja miałam lat 14, a książka wówczas już 35, zabytek - znalezione tam słowa wypełniły umysł i serce po brzegi. Potem chciałam być nauczycielem, takim jak Captain, my Captain z Dead Poets Society. Do melodii lekkich słów Puka ze Snu nocy letniej. I dawać uczniom nie tylko wiedzę, ale i oddech, i human touch. Potem chciałam być misjonarką. Oddać życie, przelać krew.

Później miałam zawodowe proste bardzo marzenia. Móc zająć się dziećmi, kiedy potrzeba. Nie wpuszczać stresu korporacji do domu. Nie tłumaczyć się przełożonym. Ale za to uczyć, tłumaczyć i pisać. Czasem pojechać pociągiem do Warszawy - pisałam do Autorki Wieczornego długo przed tym, zanim były na to jakiekolwiek logiczne widoki. I żeby czasem móc odwiedzić Wielką Brytanię, bo w poprzednim wcieleniu musiałam tam mieszkać w wiejskiej bardzo chacie. Myślałam, że może kiedyś jako konsultant podręczników jednego wydawnictwa, ale okazało się, że przy okazji zupełnie innej.

Jestem wolnym ptakiem. Nie sieje ani żnie, a nakarmiony i odziany. Ma to wszelkie pozytywne konsekwencje i kilka skutków ubocznych, z którymi bywa trudno. Jednak uczciwie powiedzieć trzeba, że wszystkie marzenia się spełniają. I to jeszcze przed czterdziestką, a dopiero po niej ponoć zaczyna się prawdziwe życie. Choć wszystkie te marzenia zostały wypełnione nową zupełnie treścią: uczestniczenia w projektach znacznie większych niż ja sama - i takich, co dają ludziom na koniec uśmiech.

Tylko trzeba pamiętać o ładowaniu akumulatorów. A teraz także o Plusie, który tańczy z radości w moim brzuchu, nawet gdy mi do radości bywa daleko. Muszę go jakoś doganiać. :)

Georgiana, lepiej teraz?

sobota, 2 sierpnia 2014

zawód nikt

Trudno się wraca, choć z wielkim impetem przez burzowe turbulencje.

Nie tylko, że tu czeka masa cała. Że jakby mury domu porwało i jest tylko pole namiotowe z krzesełkiem do spania, bo ani wyprowadzeni, ani wprowadzeni w brak podłóg, futryn i schodów. Kładę się spać jak na dworcu centralnym, powoli tracąc wszystkie punkty podparcia.

Zawodowo przechodzę już całkiem do roli "airy nothing" i myślę, że pora dać sobie spokój i przejść na zasłużoną emeryturę. I tam moje punkty stabilizacji są jak piórko na wietrze, pajęczynka obietnic, co się rwie przy zmianie frontów.

I myślę sobie, jak tu żyć, gdy wierzyć nie potrafię nikomu. Taka przypadłość, po życiu przejechanym wielokrotnie przez walec. Potrzebny zakład pracy chronionej, co chroniłby Okruszynę i małego Plusa, nie zaś rosyjska ruletka i tony pracy, która ma się zrobić w zasadzie sama.

W rzeczy samej, nikt mnie nie uratuje.

piątek, 1 sierpnia 2014

airy nothing

Ale czy Szkocja ma jakiś sławnych ludzi? - pytał Znajomy Ksiądz z Polski. -  Prawdziwych, nie wymyślonych, jak Makbet czy inni tacy.

Szukam w głowie. Pamiętam z filozofii, że Duns Szkot był, ale myli mi się z Williamem Okhamem i nie pamiętam, który z nich miał coś wspólnego ze sporem o uniwersalia. I myślę, jak bardzo tym wymyślonym trudno odebrać byt, skoro przeszli do historii bardziej niż tamci. W Inverness zamordowano Dunkana, a Las Birmański szedł na Makbeta. Kto pamięta o reszcie.

I zostaje coś z podziwu dla tych piszących, co naprawdę byli odporni na rzeczywistość i potrafili wyobrazić sobie i dodać jej to, czego nie miała. Pierwszy werset Szekspira, jakiego nauczyłam się po angielsku daleko przed maturą - w czasach, gdy nie był to język powszechnie znany - opowiadał o tej kategorii piszących. "Gives to airy nothing a local habitation and a name". Powietrzne "nic" obdarza imieniem i daje mu miejsce zamieszkania.

Wierzyłam, że pisaniem można sprawić wszystko. Dziś wierzę w to znacznie mniej. Czytaniem - dało się przeżyć to, czego "realnie" nie ma. A jeśli nas porusza, to jest, czy nie ma? Oto jest pytanie.

czwartek, 31 lipca 2014

świt

The alertness of early hours. Nie wiem, jak to oddać po polsku. Sen, który czmycha mimo zmęczenia, bo się nowego dnia ze starymi pytaniami bardzo przestraszył. W Barthomley akurat wschodziło słońce i pomyślałam, trzeba zacząć ten dzień oswajać jak drżącego, głodnego wróbla. Słońce wstawało blade, ale przecież już pogodne i odważne. Taktownie i tak bardzo po cichu, by nikogo nie obudzić. We dwoje tylko mieliśmy swoją tajemnicę, że ja patrzyłam na nie, a ono na mnie, przez szybę wiekowego domu, wynajmowanego z majątku angielskiej królowej.

Świt zawisł pomiędzy kompletą, śpiewaną przez rodzinę, u której się zatrzymujemy, a Przeistoczeniem na maleńkim stoliku, ogrodem pełnym słońca i wyjazdem. Poprzedniego wieczora zabrałam ten obcojęzyczny brewiarz ze sobą na górę. Niby wszystkie Psalmy znane, a jednak w nie do końca obcym języku inaczej mówią oczywiste do tej pory słowa. Otwarta na nocnym stoliku książka opowiada: "You will not fear the terror of night". Zawijam się w te wersety jak w kołdrę, w pokoju pełnym gościnnego ładu.

Wszędzie książki. Jedna to "Book With No Name" anonimowego autora. Ale jednak ją napisał. Przychodzi mi na myśl, że nie potrafię pisać już fikcji. Więc poza cienkim opowiadaniem i zaczętymi powieściami nic w tej materii mi się już nie przytrafi. Do niczego nie wrócę. Przez te wszystkie lata pisanie zrosło się z codziennością, tworząc nieporadnik rodzinny, ratując mnie z pola bitwy wiecznej nieudolności. Już o niczym innym niż o życiu nie umiem.



piątek, 25 lipca 2014

Chatsworth, Derbyshire

EyesWideOpen ze swoją Magdą i drobiazgiem zabierają mnie na wyprawę literacko-filmową. Zaopatrzeni w sprzęt piknikowy, spieszymy łapać ostatnie chwile dnia. Rozkładamy się na wzgórzu z widokiem na ogromny dwór, gdzie Mr Darcy oświadczał się Elizabeth Bennet. Wokół nas chodzą białe owieczki z czarnymi łbami. Na cześć solenizanta Lesia jemy ciepłą szarlotkę, wyjętą przed wyjazdem z piekarnika. Receptura polska i specjalność domu, ale i placek po przejściach nieuniknionych w okolicznościach pośpiechu przed zachodem słońca. Bartek gra na kobzie repertuar miejscowy i nasz, polski, zmierzając w stronę "Wszystkie nasze dzienne sprawy", im niżej słońce. Gdyby ktoś kilka lat temu zapowiedział nam taką scenerię i fabułę, powiedziałabym, że albo stuknięty, albo reżyser z ogromną wyobraźnią.

Zanim noc jedziemy jeszcze na wzgórza, które w deszczu przemierzała Jane Eyre. Dokopuję się przez te kilka chwil w sobie do miejsca, które nazywamy domem. Jest to miejsce, w którym blisko do pisania. Ogromne przestrzenie i tylko odrobina samotności, jaką rodzi tak daleki horyzont. Po tych fałdach łąk, a potem burych wrzosowisk, spacerują słowa.


niedziela, 13 lipca 2014

karkówka

Boski Andy wczoraj jedzie po drobne zakupy do wsi. W ich centrum jest karkówka na niedzielny obiad.

W nocy o drugiej słyszę "Czy schowałaś mięso do lodówki?" - i jako żywo z otchłani pamięci wyławiam, że żadnego mięsa nie było. Odwołuję się do resztek rozsądku Boskiego, by nie szedł do auta na poszukiwania w bagażniku z powodu okoliczności mocno już nocnych.

Dzisiaj po karczku ani śladu. Po kościele Boski jeszcze szuka go u fryzjera i w sklepie, gdzie ewentualnie mógł zostawić, i martwi się bardzo, że gdzieś ześmierdnie.

Ostatnie dni upłynęły mu pod znakiem kiełbasy, którą kupił w ilościach hurtowych na ognisko menedżerów, gdy ja załatwiałam sprawy we Wrocławiu. I potem jadł ją na wszystkie posiłki, nie dając się przekonać, że zdrowiej będzie dać kotu.

Z karkówką jednak przegrał. Schowała się, zarządzając przerwę od posiłków mięsnych. Na obiad będzie mój number one spośród kuchni polskiej: placki ziemniaczane. Jasne, w kolorze złota, z młodych ziemniaków.

Do kuchni wlatuje młodziutka jaskółka. Chowa się za czajnikiem, potem przez otwarte na oścież okno zwracamy jej wolność. Ale na placki też ją zaproszę. Idę smażyć.

interes życia

Do szóstki dzieci dołączyła się jeszcze dwójka wyrośniętych na oko piętnastolatków. Bercik wsławił się w zeszłych latach paleniem papierosów na płotem oraz jazdą quadem po polu, a jego kolega Dominik ma podobno wyjątkowy dar psucia rzeczy. Jako że magnes swobody na naszej posesji przyciąga ich w sposób nieodparty, mamy deal, że mogą przebywać z dziećmi, o ile powstrzymają się od używania brzydkich słów, bójek oraz głupot. Tak więc Bercik i Dominik stają się stałą częścią krajobrazu.

Wczoraj z okazji wesela sąsiada poczynili inwestycje i postawili bramę. Goście weselni otrzymywali od nich czekolady i dobre życzenia w zamian za drobny grosz. Skakanka mówi, że chłopaki zarobiły około 14 złotych i kilkadziesiąt groszy.

Zdaje się, że jednak przeinwestowali.

Zastanawiam się, jak tu wrócę w sierpniu, jak ja to wszystko ogarnę.

wtorek, 8 lipca 2014

prognoza dla rybaków

Idzie burza. Tu w związku z okolicznościami meteo sprawy się nieco
komplikują. Burza oznacza nie tylko, że zaraz zaczną w kredensie tańczyć
szklanki, ale że też nie będzie prądu - i nie wiadomo, kiedy potem
wróci. Więc korzystam z ostatniej chwili, żeby coś napisać. Jest już
dosyć ciemno i warto by zawczasu zlokalizować świeczki i zapałki.

Pralka wylała ponad rozum, ktoś przełożył wąż z wanny na zewnątrz. To
dobrze, bo w kuchni dzieciaki rozlały fantę i mam całe wiadro zebranego
z łazienki, żeby przelecieć w kuchni.

Boski pyta, czy nie boję się sama. Gdyby nie pytał, bym nie wpadła. Ale
że pyta, zaczynam myśleć. W nocy więc ze strachu nie idę sprawdzić, czy
zamknęłam drzwi wejściowe na klucz. Bo jak nie, to ktoś już mógł wejść
do sieni. Rano, gdy upał otwiera oczy, idę sprawdzić ile stopni na
futrynie. Drzwi były całą noc jednak otwarte.

Jak widać, bać się nie ma czego.

boso przez świat

Wyjeżdżam z dziećmi na wieś. Rok w home office i kuchni domaga się
zdecydowanej cezury, radykalnej zmiany dekoracji. I mimo że po dwóch
dniach na wsi nie ma już ani śladu po frencz manikiurze, potrzebuję
beztroski dzieciaków i tego miejsca otoczonego lasem i odległego na
tyle, by pobyć także chwilę sama ze sobą. Mimo że jestem tu mamą
szóstki: naszego duetu, trójki od sąsiadów z naprzeciwka i środka wsi,
no i Okruszka, co ostatnio miewa kłopoty. Więc tym bardziej musimy się
odtruć.

Namaczam Skakankę w wannie po obozie skautowskim w lesie (mycie w zimnej
wodzie) i myślę, łatwo nie pójdzie. Torba i plecack wyglądają, jakby
była rok w partyzantce. Piorę. Schnie na sznurku pod sosnami w dwie
godziny. Wszystko łatwiejsze niż na trzecim piętrze blokowiska.

I na zakupy wyruszamy autem do pobliskiej ciut większej wsi. Atrakcja
taka. Przejeżdżamy prawie kilometr, gdy Skakanka pyta Grzybka: "A gdzie
masz sandały?" Zapomniał. Zostały pod hamakiem.

Boso wybrać się do sklepu. Uśmiecham się do siebie. Takie rzeczy to
tylko tutaj.

sobota, 28 czerwca 2014

okruszek II

W Dniu Matki odebrałam ze szpitala wyniki i okazało się, że Ktoś nam przybył. Więc mama po raz 4, a Boski - znowu w zaszczytnej roli taty.

Potem człowiek przypomina sobie pewne oczywistości. Że w 21 dniu życia zaczyna bić serce. Na dyskusje o "zarodkach" i opinie wygłaszane przez straumatyzowane w tej dziedzinie kobiety w sumie ogłuchłam już dawno. Podobne bzdety są w stanie pleść także lekarze. Jak pewna pani, która powiedziała mi, że napisze "ciąża" jak ją zobaczy na USG za kilka tygodni. Nie żeby z zemsty, ale postanowiłam, że właśnie nie zobaczy. Serce widziałam sama na USG w innych okolicznościach.

Są to momenty tajemnicze wielce - po człowieku niby nic nie widać, a przecież chodzi po świecie już we dwóch. I niestety okoliczności wokół co i raz to przypominają, że Życie nie jest oczywiste i tak bardzo kruche.

Uczy się człowiek też, że co małe i kruche, tego się powszechnie nie szanuje. Jakieś ogromnie trudne moje doświadczenie ostatniego czasu. Ale teraz możemy się wspierać, Okruszyna i Okruszek II. Słońce jak pada na twarz, liczy włosy - na mojej głowie, te co już są, na głowie Okruszka, te co dopiero będą.

wtorek, 17 czerwca 2014

taki portret

Tak mnie w szkole opisał Grzybek:


Nie napiszę, że umiem też ciut więcej niż "jajka na twardo" albo że po eleganckich ubraniach zostały ich z trudem improwizowane w całość wspomnienia. "Ucho od śledzia" jednak wyszło na jaw i to w towarzystwie wszystkich zebranych na obchodach Dnia Mamy i Taty rodziców, bo wychowawczyni I b czytała opisy na głos i kazała rodzicom zgadywać, o kogo chodzi. Choć syn potem zweryfikował, że teraz powinien był napisać, że lubię czytać "Zapałkę na zakręcie". No bo rzeczywiście w niedzielę przeczytałam. To jakiś postęp - literatura już bardziej młodzieżowa.

Ale zdecydowanie najbardziej się ucieszyłam, że lubi ze mną rozmawiać. Choć wydawało mi się zawsze, że rozmowa wychodzi mi słabo, gdyż ja ciągle schowana w świecie wewnętrznym, gdzie na ogół chmury i kwestie nie do rozwiązania. A tu proszę.



środa, 11 czerwca 2014

męska narracja

Upał podtapia układy scalone. Jest to stan nie do opisania. Jakby na zawsze wszystkie biegi zredukowano do jedynki i dwójki.

W międzyczasie u Eragona zima. Razem z Jeremy Ironsem podróżują wiele dni i nocy, przez śniegi, stepy i góry. Nie umiem sobie przypomnieć, ile autor miał lat, ale pamiętam, że mało. A tu taki rozmach, że dech w piersiach zapiera. Ale obserwację mam ogromnie przyziemną. Są opisy dokładne doznanych ran i obrażeń w czasie latania smokiem czy walki. Podobnie z miejscami postoju, legowiskiem do snu i jadłem. Palą ogień, gotują, burczy im w brzuchach, jedzą.

I nigdzie nie natykam się na opis, że się myją. Frapuje mnie to tak głęboko, że z kolejnymi stronami nie tylko czuję na sobie lepkie i ciężkie od trudów podróży okrycia, a także wyobrażam sobie brudne nieprzytomnie ręce, ale zaczynam nawet czuć potencjalny zapach wędrowców. Co mi nie przeszkadza, bo wiem, że proza zmyślona.

I wreszcie w jednej trzeciej pierwszej części czytam, że "Eragon umył twarz i przygładził włosy".

Dziś uprzytamniam sobie, że przez te wszystkie miesiące jeszcze nie prali, i pytanie, czy mieli coś na zmianę.

sobota, 7 czerwca 2014

fuga

Gdy ze zmęczenia przewracamy się wczoraj wieczorem o siebie nawzajem, włączam Bacha. Żeby nam zrobił niemęczące tło, gdy mózg już ledwo cokolwiek rejestruje.

I przypomina mi się uroczystość dwa tygodnie temu. Pierwszej Komunii chrześniaka. Mimo wstania cztery godziny wcześniej bowiem przyjeżdżamy jak zwykle co najmniej cztery minuty później i załamanie moje nami sięga zenitu. Wtedy okazuje się, że znajdujemy przez przypadek jedyne wolne i przestronne miejsce stojące, na wprost tabernakulum, przy samym ołtarzu, naprzeciw kwartetu smyczkowego. I nie tylko słyszymy, ale widzimy, jak grają.

W pewnym momencie, gdy skrzypce jedne gonią drugie i wiolonczelę, przypomina mi się praca bardzo magisterska Brzytwina, serdecznego kolegi ze specjalizacji literackiej, gdzie udowadniał, że "Komedia omyłek" Szekspira ma strukturę fugi. Pełen był bowiem myśli bardzo strukturalistycznych. "Die Kunst der Fuge".

I mówię do Boskiego, to jest fuga Bacha. I tłumaczę. Od łacińskiego fugere, znaczy uciekać. Boski zatapia się w kontemplacji dźwięków, jak mi się zdaje, i pamiętam z dumą, że mówił kiedyś: "W naszym małżeństwie Ty będziesz od kultury". Po czym słyszę jego szept: "Przypomniałam sobie, że muszę kupić fugę. Do kafelków w górnej łazience." 

Bo fugere to też fugować.

piątek, 6 czerwca 2014

coś jakby z Prousta

Spada mi z okna pudełko z cebulą. Podlałam ją wczoraj wieczorem, w nadziei, że na rano będzie szczypiorek, co go zapomniałam kupić do sera. Nie zdążył urosnąć, mimo iż mu tłumaczyłam, że pośpiech wskazany. I myślę, gdy panta rhei na stole kuchennym, że kiedyś po prostu bym to opisała. Podobnie jak list przysłany od operatora, w którym nie zaczął od pytania o samopoczucie, tylko że znowu zapomniałam. Przelewanie bowiem w z pustego w próżne, przy pomocy internetowych zabezpieczeń, spychane jest przeze mnie w mroki podświadomości.

Wszystko idzie w tempie nie takim. Coś jakby ślimak, co mimo że goni jak szalony z językiem na brodzie, jak się obejrzy, widzi za sobą raptem dwa centymetry błyszczącej ścieżki.

W remanencie znajduję przez przypadek za to dzień spisany na straty ileś lat temu. Kto by pomyślał. Wydawało się, że tego typu inwestycje w cierpliwość są bezzwrotne.



czwartek, 5 czerwca 2014

wiersze to dla nas mucha

- A wiersze? Wiersze to dla nas mucha, może nie?
- No... - zaczął niepewnie Witek.
- Witek, nie łam się, słuchaj, co mówię, nie święci garnki lepią. Zapomniałeś, jak raz-dwa ułożyłem wiersz o Dance? Może zły wiersz? A jeszcze jeden pamiętam z Łodzi, też zgrabny wierszyk. Zaraz... tak jakoś szło... "Aniołku kochany, słomianką wypchany...", nie pamiętam, jak dalej, ale zaraz koniec dorobię na poczekaniu. (...)
- E... poeta jak pisze to podobno męczy się, wzdycha i przeżywa... a nie tak szast-prast.
- Jak nie potrafi, to pewnie, że się męczy i wzdycha.

Z żalem kończę lekturę "Ucha od śledzia". Jednej z książek mojego szczenięctwa. Zauważam, że podoba mi się dziś tak samo. A nawet jestem w stanie wyczytać w niej jeszcze więcej. Ożogowska pozostanie dla mnie mistrzynią powieści dla młodych, realizmu tu i teraz, niezwykłej empatii i poczucia humoru. Lata '50, jedno ocalałe mieszkanie w ruinach przedwojennej kamienicy. Skakanka też już czytała.

Wypadałoby teraz przejść do "Tajemnicy Zielonej Pieczęci". Tylko jak o tym w towarzystwie opowiadać, gdy spytają, co czytasz. Może mnie równolegle zaczęty Eragon jakoś z opałów uratuje.

sobota, 24 maja 2014

tożsamość

Mamo - mówi Grzybek, gdy odbieram go ze szkoły - każdy bohater ma swoją tożsamość.

Masz rację synku, odpowiadam. Znasz bardzo mądre słowo. Ja zrozumiałam je dopiero na studiach. (W głowie obracam wszystkie definicje podmiotowości i ich narodzin w renesansowej Anglii).

Tak. Bo ty mnie nauczyłaś - Grzybek na to - że tożsamość znaczy "to, kim się jest".

I przypominam sobie jak przez mgłę, jak parę dni temu stoję nad pełnym zlewem i Grzybek pyta mnie - "Mamo, co to jest tożsamość?"

On zapamiętał tę bez znaczenia, jak mi się zdawało, wymianę. Ja nie. Czyli pamiętają, myślę, nie wrzucamy do dziurawej studni. Oby tylko wrzucać dobre rzeczy.

Dziś sobota i od rana nic nie wychodzi. Poza wpisem na blog.

sobota, 10 maja 2014

stoicyzm

Nocą już jedziemy obwodnicą, z nami jedzie umywalka z szafką. Mieliśmy czasu na wybór kwadrans do zamknięcia sklepu. Kolejni pasażerowie to kafelki, muszla i deska. Nie-samoopadająca, choć proponowano. Gdy w ciągu pozostałych nam trzydziestu sekund podjęliśmy życiowy wybór o specjalnych, oferowanych za jedyne czterdzieści złotych zawiasach, okazało się, że w tej wersji akurat dzisiaj nie ma. Więc deska będzie spadać szybko i z hukiem, i nie wiem, czy się mamy martwić, że tacy niewybredni. Dumna jestem z naszej wolności wewnętrznej, słuchając audycji w aucie o stoickim spokoju. Świat materii mija stoika, żadne dzianie się nie koliduje z poukładaniem zalet ducha.

Przegapiamy zjazd i jeszcze mówię, że nic to, wolna w środku taka, choć wieczór jeszcze miał zlecieć na pracy.

Na miejscu jednak okazuje się, że kafelkarz z naszej przeskromnej łazieneczki zrobił rzecz jeszcze skromniejszą, zapominając o ozdobnych listwach. Szukam swojego stoicyzmu, patrząc na nieodwołalność materii, i modlę się w duchu, by dzisiaj już nic więcej mnie nie zaskoczyło.

Rano z kafelkarzem ustalamy, co wymyślić by można dla odmiany, a potem wspinam się po prowizorycznym rusztowaniu z palet i desek na piętro. I mierzę kolejne metry, rysując w rzutach, żeby tu już na pewno wyszło. Niestety potem, na skutek lęku wysokości jako jednego z palety wszystkich innych - nie jestem w stanie zejść. Znosi mnie pracujący na sufitach Ukrainiec, z którym nie udaje mi się słowa zamienić, bo nie te języki; za to on w lot łapie, że jeśli mnie stamtąd nie zrzuci, zostanę na piętrze do śmierci głodowej. Na dole odbiera Boski Andy.

A gdzie emancypacja, gdzie samodzielność, gdzie wolność choćby zewnętrzna.

środa, 7 maja 2014

szczepionka

Koleżanki przyszły wczoraj do Skakanki. Pobyt się udał. Sprzątnęłam część rzeczy niesprzątalnych, w tym home office, doznawszy impulsu gościnności. Reszta mieszkania nadal stawia opór, mówiąc, że ustępuje miejsca trosce o nową lokalizację. Nowa lokalizacja wpisuje w grafik wyprawy za miasto. Zaszywam się w te ciche kilometry tak mocno, że martwię się, czy nie przegapię zjazdu. Z każdym kilometrem ciszej. W tej ciszy coś można ważnego w końcu usłyszeć.

Zabawa dziewczynek w wilki trzy miała antrakt, gdy Skakanka złamała palec u nogi. Potem trwała nadal. Potem było sino. Boski dziś skoro świt na pogotowiu, gdy ja do szkoły.

Wieczorem Grzybek czyta mi do poduszki. Pół godziny. O Robin Hoodzie. A mnie przed oczami staje, gdy z podejrzeniami wszelkich zespołów osuwał się nagle pod wpływem narkozy przez dudniącą maszyną rezonansu, i lekarz wyszedł za mną zapytać, czy nie jest mi słabo, bo tak wyglądam. A potem lata encefalografów, rehabilitacji w ośrodku, w którym oglądał człowiek wszystkie nędze świata. Bo im gorsze choroby, tym na ogół większa bieda i samotność matek.

Więc Grzybek mi czyta, a ja patrzę na jego szczerbate zęby stałe i łzy płyną mi ciurkiem. Samotny i indywidualista w świecie przemyśleń, ale zdrowy jak ryba(k). Wieczorem przy modlitwie prosi, by nie zachorował na raka, bo "Było sobie życie" zna na pamięć i przemyśliwa. I dodaje: "Wymyśliłem szczepionkę. Bo Pan Bóg przecież daje ludziom mądrość przez przysłowia. Śmiech to zdrowie. Czyli szczepionka taka".


wtorek, 6 maja 2014

schrony

Przez okno home office widzę, jak pnie się kolejne piętro wieżowca w miejscu, gdzie kiedyś ogródek. Pracujemy nie przeszkadzając sobie, tam zbrojarze, murarze i operator żurawia, a po tej stronie szyby - zawodowy operator słów, intendentka, szef kuchni, całodobowy poradnik dziecięcych trosk.

Wieczorem, gdy na budowie spokój, na górce piachu przysiada wielka sroka. A obok przecież ma bez, fioletowy przez tak krótką tylko chwilę w roku.

Przez okno w domu za miastem, co chwilowo jeszcze jest pustostanem wypełnionym tylko naszymi marzeniami, widzę górkę porośniętą chwastem. Mogę stać i patrzeć. Mogę kontemplować rzeki wylane wokół fundamentów i splątane drogi żółtych rur drenażu. Bezradnie z miarką stojąc, samym bezbrzeżnym zagubieniem w metrach  wzywam chyba na pomoc naszego sąsiada, choć przecież chcę sama. Rysuje rzut przyszłej łazienki w perspektywie. Perspektywa się nam nagle zmieniła. Radykalnie.

Gdy dnia końca jeszcze ciągle nie widać, kafelkuję sobie słowa. Jak szumią, to się człowiek uspokaja i bliżej do tej ciszy, w której można się przywitać z samą sobą. Przerwa moja taka na papierosa. Bibułka ze zdań, niejednokrotnie złożonych. Czytelnik niech wybaczy, ja przed dzianiem się próbuję się w nią schronić.

niedziela, 4 maja 2014

majówka

Słońce rozlane na polach kwitnącym rzepakiem widzieliśmy. Marzliśmy dygocąc. Deszcz chciał obmyć, ale nie mógł się przebić przez przednią szybę. 

Kafelki wybraliśmy te same. Fundamenty w wodzie po pachy, taka nasza mała Wnenecja. Mówił za nas w aucie z płyty Nohavica i przypomniałam sobie, że są jeszcze poeci. I oni świat cierpliwie tłumaczą słowami. Zwłaszcza tym, którym nic nie wydaje się proste i chodzą posupłani, nieogarnięci, rozdygotani. Naprawiając psują jeszcze bardziej. I każdy wybór niemożliwy. Barszcz czy pomidorowa.

Udawało się nie gotować, ciągle nas ktoś przygarniał. 

Zapomniałam z tego wszystkiego, jak się tu pisze. Ale przecież słowa są blisko, trzeba otworzyć brudną szybę i pozwolić im wyfrunąć na słońce, które dopiero dzisiaj. 

piątek, 2 maja 2014

taka mieszka we mnie cisza

jak ostatni liść na drzewie
kiedy jesień krzesła zwija
jak nie twoja dłoń w potrzebie
lecz dłoń obca dłoń niczyja
jak pokracznych przysiąg orszak
ileż tych obietnic było

taka mieszka we mnie cisza, taka płynie ciemność we mnie,
póki czarne brzmią klawisze, jednostajnie i niezmiennie
tylko takie pieśni umiem
takie tylko pieśni umiem
tak jedynie świat rozumiem

(Jaromir Nohavica Długa cienka struna)

sobota, 19 kwietnia 2014

babka w proszku

Dostaję od Cioci zlecenie. Upiecz babkę bez jajek. Bo Skakanka nie może z.

Mimo że w dziedzinie cukierniczej jestem niezła, są dwie rzeczy, których nie. Kremy na surowych jajkach. Choć były tu pewne sukcesy. Ale nie babki. Babki mnie nie lubią.

Zabezpieczam się na wszystkie fronty. Wyrabiam dwa rodzaje ciast. Ale kupuję też babkę w proszku. Luksusową z edycji limitowanej.

Babka kompletnie w przedświątecznym proszku - to zdjęcie portretowe Okruszyny na tle kuchni wielkości kurnika. Stoję tyłem i nie widzę fotografa. Garnki i formy wszędzie, pod stopami chrzęści mąka tortowa i krupczatka. Z ciasta pierwszego wychodzi konsystencja kamienia, ciasto na mazurki może nie doczekać się polewy. Babka w proszku, do której omyłkowo dodałam dwa razy tyle masła, co piszą na opakowaniu, właśnie w najwyższej niesubordynacji opuszcza foremkę. Więc nie tylko w proszku, ale i nie w formie.

"Mamo, kiedy ubierzemy jajka w piżamki?", pyta Grzybek, koło południa jeszcze w piżamce. Na rolkach do kuchni wjeżdża Skakanka. Powiedziałam jej, "dziecko, sprzątanie to może być przyjemność", próbując z całych sił przypomnieć sobie te cudowne chwile. Więc włożyła rolki i z każdym papierkiem znalezionym w swoim pokoju z piskiem opon parkuje pod zlewem, obok garnka z mlekiem na ciasto nr 5 i piekarnika, który kurnik nagrzewa do sprzyjającej wylęganiu temperatury 200 stopni.

Praktyczne przygotowania do Świąt? Wszystko pod kontrolą. Piżamki, proszek, luksus. Liczę do 20, nabieram łyżkę wody w usta. Niech będzie, że dla ochłody.

czwartek, 17 kwietnia 2014

pogodzić

Trzeba pogodzić.

Trzeba pogodzić tyle w sobie. Najpierw w sobie, wtedy z innymi powinno pójść łatwiej.

Trzeba pogodzić dzieci, co bez szkoły. Radzą sobie razem świetnie i aż się uśmiecham, ale czasem mniej i wtedy godzenie się - tym bardziej.

Trzeba pogodzić ambicje osobiste i tradycje z domu rodzinnego z aktualnymi możliwościami działania. Które zdecydowanie nie w stylu perfekcyjnej pani domu. Ale nigdy mi nie imponowała.

Powiedział ktoś, ustal priorytety. Dlatego gdy pod lidla podjeżdżam i widzę, że wszyscy wpadli na ten sam pomył, odjeżdżamy z powrotem i idę z dziećmi na spacer. Po drodze kupując chleb.

W te dni szczególne zapraszam szczególnie na Przystań.  Tam ciszej. To tak w ramach życzeń od serca.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

warte zachodu

Idziemy i las wokół nas. Coś jak lecząca zieleń. Coś jakby terapia tlenowa. Zanurzenie w to wszystko, co tak inne niż co dzień. Kamienie. Sosny, świerki, połacie poletek w dolinach. I kościółek na środku łąki, jakby z choinki urwany, a jednak życie się w nim scala. Przyjeżdżają zŁomianki, a za nimi my wszyscy, co szukamy komentarza do rzeczywistości.

W górach stoimy potem na dachu i oglądamy film. Dach to wypłaszczone głazy. Od nas wyższe tylko drzewa, co rosną poniżej. Film to bardzo umiarkowane kino akcji. Główny bohater - słońce. Zachodzi powoli. Jak w tych dłużyznach, które najbardziej. Powinniśmy mieć krzesełka rozkładane i bez pośpiechu. Cisza taka, że przerywa ją nasze milczenie, które tak trudno zachować, gdy w środku gonitwa.

Schodzimy ostrożnie, asekurowani przez dzieci i Arturo (na emeryturze zamieszka w okolicy, a my będziemy wpadać niezapowiedzianie).

Wieczorem jemy dzika. Hania Gulpen upiekła w jarzynach. Rozpływa się w ustach. Rozpływają się resztki makijażu, co miał udowadniać, jak świetnie daję radę. Chyli się dzień. Upojeni do nieprzytomności tlenem, wyjeżdżamy w noc. Błądzimy wąskimi drogami, a GPS nad nami siwieje. Posnęły dzieci, odpływam zaraz ja, Boski na stacji robi przysiady i skacze, żeby jakoś do domu.

Na drugi dzień nic nie pamiętamy. Jak gdyby wszystko było z innej zupełnie bajki. Jakbyśmy tu byli bardziej żywi niż tam. A przecież możliwe, że właśnie jest odwrotnie.

piątek, 11 kwietnia 2014

bo dom mój otworem stoi*

Sukienka jakoś wydziergana. Po blogu się rozglądam i to chwilowo najładniejsze miejsce, gdzie mieszkam. A że bywam ostatnio od czasu do czasu, niewielka to pociecha.

Mieszkanie nasze w wersji gierkowskiego M systematycznie popada w ruinę i mówi o tym coraz mniejsza ilość zapraszanych gości. Bo od trzech lat byliśmy w bliżej niesprecyzowanym planie wyprowadzki. I tu nagły zwrot akcji. Chyba w końcu się uda.

Żarówka w toalecie okazuje się potrzebna, bowiem dostaliśmy pakiet czasopism wnętrzarskich. Dał nam nasz przyszły sąsiad, który nim zostanie, o ile nabędziemy drugą połowę bliźniaka, co go kończy za miastem. Już tyle razy z wyprowadzki był niewypał, że cieszę się tak ostrożnie, jakby wcale nie. Są podobno tacy, co potrafią się cieszyć odważniej. Widać można po życiu stąpać bardziej niż po lodzie kruchym.

Przeglądam czasopisma i już wiem, że nie skorzystam. Kochani przyszli Goście, niczym nie zaszpanujemy. Nie opadnie Wam szczęka. Nie wjedzie barek na pilota ani pisuar wypadający w stereo ze ściany. Od dawna mamy proste bardzo marzenia. A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie, pachnący i słoneczny. Wieczorem usiądę, wiatr gra, a zegar na ścianie gwarzy. Dobrze się idzie, Panie Zegarze, tik tak... Zaproszę dzień i noc, zaproszę cztery wiatry, dla wszystkich drzwi otwarte. Ktoś poda pierwszy ton, zagramy na góry koncert, buków porą pachnącą; nasiąkną ściany grą. A znużonym wędrownikom odpocząć pozwolą muzyką, bo taki będzie mój dom.*

Póki co - ściany pomalowane tylko na blogu. Że też nikt nie sprzedaje prasy z dizajnem szablonów. Byłoby co przeglądać w czasie gry o tron w ubikacji, zanim ktoś następny nie wyrzuci. (Znużonych naszą zabytkową ubikacją uspokajam, że tematycznie przeniesiemy się niebawem do kuchni czy gdzie :)

*Wolna Grupa Bukowina: Ballada o domu

czwartek, 10 kwietnia 2014

kosmiczna zguba

Gdy składam rzeczy dzieci, widzę, że od modelu Ziemi odleciał się księżyc. Więc szukam księżyca w łóżku, na podłodze, pod fotelem. Zgubiony księżyc to znacznie większy kłopot niż brak żarówki w ubikacji. W czym teraz będzie przeglądać się słońce? Kto mu powie, że w ogóle jest, jeśli się w księżycu nie zobaczy? Może jeszcze odbite od oceanów, może na twarzach ludzi, ale czy te drobiazgi widać z tak daleka? A on zawsze był po drugiej stronie. Jak lusterko z niezbędnika w torebce. A przecież nie noszę.

Postanowiłam ubrać bloga w wiosenną sukienkę. Uszyłam sobie sama tym razem, domowymi metodami. Bohaterowie nagłówka, pochyleni na filiżanką, zostali przeze mnie dawno temu narysowani pastelami z okazji rocznicy ślubu przyjaciół. Ale wcześniej sfotografowała ich w swoim kanadyjskim ogródku Patricia McAdie.

Grafika garażowa wymaga jeszcze udoskonaleń, ale póki co wywieszam kartkę "w trakcie meblowania". Pozdrawiając Czytelników serdecznie, zmierzam w stronę gotowania klopsików z indyka. Oby tylko po drodze nie rozdeptać księżyca.


niedziela, 6 kwietnia 2014

żarówka

Jak wspominałam, pisanie bloga poza wszystkimi swoimi funkcjami - ma też skutki zupełnie praktyczne. Sąsiad z Dołu pod kościołem nieparafialnym, do którego chadzamy, zapytuje, czy nie potrzeba pomocy dajmy na to z żarówką. W rzeczy samej, potrzeba bardzo, inaczej zupełnie stracimy kontakt z publicystyką i wiadomościami ze świata. Boski zaś, który w nocy mało płuc nie wypluł, nie bardzo w formie na małego elektryka.

Wczoraj mam nadzieję spotkać żarówkę gdzieś w ikei może, ale do spotkania nie dochodzi. Mijam za to wiele przedmiotów wielkiej urody, którym konsekwentnie odmawiam. Konewki, osłonki na doniczki w różyczki, kubeczki, wazoniki. I stojaki, w których pranie przestałoby być problemem, bo zalegałoby ładnie skryte. Przywożę za to regalik na kółkach, który z dziećmi skręcamy. Od dzisiaj będzie już porządek, obiecuję sobie, choć wiem, że nie.

Dziś po południu gdy wracam z dziećmi, Grzybek z ubikacji krzyczy: "Jest światło!" Jak dobrze, że Thomas Alva Edison był tak pomysłowy. I nie wybrał kariery fryzjera albo piekarza. I jak dobrze mieć Sąsiadów.

Kawą zapijam noce pełne kaszlu. Myślę o wszystkich, których już nie ma. Żuraw za oknem na tle błękitu przystrojonego w małe obłoczki. Gdy się bliżej przyjrzeć, trochę widoczność zakłóca szyba, ale milczymy do siebie nawzajem na temat świątecznych porządków. Myślę o wszystkich, którzy są. Dobrze, że zostali.


piątek, 4 kwietnia 2014

deficyty

Budzę się przed dniem w odzieży. Jak również w obuwiu typu pantofle domowe. Przykryta kołdrą, wciśnięta w kąt łóżka obok syna. Reszta rodziny rozlokowana po pokojach w ramach ruchu chorych. Śni mi się wojna, więc gdyby wojska jakieś nagle ze Wschodu lub choćby tornado - jestem gotowa do drogi. Rozważam możliwość obecności w pidżamy gdzieś w pobliżu i czy warto. Myślę o wszystkim, co z powodu przedwczesnego mojego zaśnięcia zostało niezrobione w kuchni. O zakupach na podłodze i jedzeniu w garnkach. Myślę o niemożności zrobienia tego, co jest do zrobienia. W końcu jeszcze zasypiam, tym razem bez wojsk.

Z powodu choroby nie mamy światła w ubikacji. Potrzebna jakaś żarówka ogromnie specjalistyczna. Będzie więc już z tydzień, jak nie czytamy prasy. Mamy za to mnóstwo światła w lodówce. Czasem mieszka tam samo jedno. Chyba że donoszę zakupy. Cytryn nie było, kto by pomyślał.

Boski w ramach nieuzasadnionych przeprosin za spadek formy i niewynoszenie śmieci - przynosi śliczne bladoróżowe róże w dużej ilości. Na opakowaniu mają, że z Afryki. Układam je rano w wazonie jak grafini, która poza tym nie ma nic innego do zrobienia. Mogłabym tak, naprawdę. Od niechcenia układać i patrzeć przez okno, aż zapuka grzecznie house maid z herbatą na five o'clock. Miałabym już do tego czasu ze trzy strony książki gęsim piórem, ale tylko tak, by nie zmęczyć zbytnio palców.

Wracam myślami do róż i śmieci. Śmieci w sumie w najgorszym wypadku wyjdą same. Zdecydowanie wolę wersję bez śmieci, za to z różami.

piątek, 28 marca 2014

dziękuję

Zdając sobie sprawę, że ostatnio jeszcze bardziej niż kiedyś - jest ze mną mniej kontaktu, dziękuję jeszcze raz za dobre słowa, także zostawiane tutaj. Za słowa pociechy i podniesienia na duchu. Jeszcze nie do wszystkich się odniosłam, bo cała jestem w wysiłku pójścia po tym wszystkim naprzód. Ale każde jest dla mnie ważne.

W podobnych sytuacjach ma się wszystkie 5 etapów "rzeczy trudnych". Wyparcie, złość, targowanie się, depresja - i kiedyś pogodzenie się. Wszystkie oczywiście w wersji mix. Dlatego z trudem się socjalizuję.

Tym, co się martwią, chcę napisać, że staram się podążać ścieżką intuicji, która mówi, że stało się coś dobrego. Mamy kogoś bliskiego, kto czeka na nas Tam. Mimo żeśmy się nie zdążyli poznać. Poznałam za to swoje granice. Granice swojej wytrzymałości, swojego zdrowia, odporności psychicznej, narażonej ostatnio na trudne przeżycia - i po raz pierwszy od dawna dotarło do mnie, że spośród wszystkich ludzi, którymi staram się z całego serca na wielu frontach opiekować, zapomniałam o jednej osobie, którą jestem ja sama. Mimo że wszyscy uwierzyli, że z żelazobetonu. Przepraszam, jeśli sprawiałam takie wrażenie. Nie. Raczej jakaś krucha ogromnie konstrukcja.

Doświadczyłam też ogromnej bliskości, współczucia i wsparcia. Do wielu rozmów nigdy by nie doszło, gdyby nie ten stan nadzwyczajny. Myślałam, że to ja jestem od tego, żeby pomagać i współczuć. Moja wdzięczność jest ogromna. Moje myśli biegną ku temu, jak wspaniali, wrażliwi, empatyczni i ofiarni ludzie są wokół mnie. Mimo że wolałabym nie musieć się o tym przekonywać w tak trudnych okolicznościach.

Dobrze, że jesteście. Każdy na swój sposób.

czwartek, 27 marca 2014

słowa i inne zwierzęta domowe

Mieszkam w domu ze słowami.

Słowa to bardzo łatwe w utrzymaniu zwierzęta domowe. Nie są jak pies, co powali cię serdecznością w drzwiach, a potem będzie patrzył, jak zjadasz drugie danie, coraz głośniej przełykając ślinę, im bliżej ostatniego kawałka kotleta. I nie odstąpi cię na krok.

Słowa, jeśli sprawiają kłopot, to taki, że trzeba coś z nimi zrobić akurat wtedy, gdy w kolizji inne zajęcia. Jak teraz. Gotuje się woda na kaszę, dzwoni telefon, a one mówią, chcemy pospacerować po białej przestrzeni kartki. Zabierz nas.

Ileż już spalonych czajników. A człowiek nie chce od słów odpocząć. Ale gdzie tam, w nich odpoczywa, otulony nimi jak białą kołderką.

Dear Jacket mówi, nie przyjdę na angielski, odpoczniesz wreszcie ode mnie. Jakby nie wiedziała, że jej obecność w swojej ławce działa na mnie jak kamizelka ratunkowa, gdy się zmieniam nagle w uwielbiającego gadać do ludzi ekstrawertyka. To fajne, ale nie jest moim pierwszym środowiskiem życia.

Nie lubię, gdy inni decydują za mnie, że teraz będę od nich odpoczywać, odpowiadam. W ogóle nie lubię, gdy ktoś wybiera za mnie.


czwartek, 20 marca 2014

życie ukryte

Na budowie za oknem się tłuką. A dla mnie od tamtego poniedziałku każde rytmiczne stukanie brzmi jak KTG, słyszane w pamiętającej lata pięćdziesiąte piwnicy szpitala, pod drzwiami gabinetu lekarza, do którego zawiozła mnie DearJacket. Bo sama w tamtym stanie bym na to nie wpadła. Że można. Może dlatego zwolnienia też nie wzięłam. Jak bardzo w takich chwilach człowiek nie potrafi zająć się sobą.

Więc tam w środku KTG się tłukło u pani w zaawansowanej ciąży, gdy myśmy sobie siedziały i DearJacket paplała, żeby nie trzeba było płakać czy opowiadać o tym, co się dzieje naprawdę. I tylko w oczach widziałam, że ona papla, żebym ja nie myślała, ale obie wiemy, że to taki środek zastępczy.

I to KTG co chwila gdzieś słyszę. Cokolwiek się obok gdzieś tłucze. Taka obecność czegoś zupełnie żywego. Jakby życie wydarzało się gdzieś blisko zupełnie. Jakby właśnie w rozmaitych moich śmierciach to ono najbardziej mnie spotkało. Jak stukot kół wozu toczącego się do przodu, bo nie tyle "trzeba iść", co nadzieja jakaś pcha czy ciągnie. Wbrew rozsądkowi i "doświadczeniu".

I tylko gratulacje składane innym z okazji narodzin - mają w sobie żal taki, że w post-scriptum nie ma dla nas kondolencji. Ale składam. I nic po mnie nie widać. Nic już w ogóle nie widać po mnie.

Bo trochę i mnie nie widać też. W różne miejsca się dobrze schowałam.

niedziela, 9 marca 2014

nie do wiary

Najpierw się zdaje, że wydarza się to komuś innemu, że to nie moja historia. Nie nasza.

Potem wraca co dzień i nadal jest nie do wiary. Albo wraca w rekonstrukcji fragmentów. Z poczuciem, jak bardzo zmienia się postać rzeczy. Jak bardzo nic tak samo. Jak zachwiane widzenie świata jednym doświadczeniem.

Dziewczynka mała, dwuletnia, która w słoneczny dzień przed tatą swoim drobiąc kroki, pcha przed sobą pusty różowy wózeczek dla lalek. I cała scena filtruje się w pusty wózeczek.

Cały stół w kwiatkach rozmaitych na dzień kobiet dla Skakanki i mnie - a wydaje się, że brakuje tylko szarf. Nawet zapach mają taki, jak wiązanki na Hali Targowej, gdzie się przyjeżdża a nagłej potrzebie pogrzebu.

To jedno. Ale to tylko kawałek. Jeszcze ludzie. Dear Jacket, co mnie zawozi do lekarza. Słowa, gesty nie wiadomo czym podpowiadane, niespodziewane. Jakby jakiś spadochron czy koc termiczny, użyczony w związku z nagłym naszym wypadkiem. Jak znaleźć słowa podziękowania? Jak choćby dobrze wypowiedzieć, że to takie ważne? Że nic nie spada bez echa, nawet jeśli nie ma siły wypisać tego do końca zwrotnym smsem czy mailem.

Strata. Zgaszone nagle światło, bezwładne poniedziałki, wtorki, środy. Radość odebrana. A jednak myśl taka, że ta Radość, która była moim i naszym udziałem, była tego dzikiego bólu warta.

środa, 5 marca 2014

nie udało się

Radość z ponownego rodzicielstwa, choć wyczekiwanego długo, nie trwała długo. Krótkie światło, ale film wyobraźni zdążył wyświetlić wszystkie marzenia z kupowaniem nowego wózka na gumtree włącznie. Radość dzieci, bo one też czekały na dobre wiadomości.

Rzec by można, to nie miejsce, by się smutnymi wiadomościami z życia tak osobistego dzielić. Co zrobić, obecnie to właśnie treść, która je wypełnia. Nie wiem, co można by zastępczo stworzyć, wiersz jaki czy prozę. Nie wiem, jaką treścią wypełnić ten Popielec, gdy cały człowiek wewnętrzny chciałby się skulić w kłębek i schować. Nie wiem, jakim postanowieniem wymóc coś od siebie, umartwić, heroicznie wymienić serce na produkt jakiś lepszej jakości.

Termin "strat" w tym sensie nie był mi dotąd znany.

Po jednej stronie "zysk" i "dar" - po drugiej - pustka. Patrzę na nią, a Ten, co obok mnie stoi we dnie i w nocy, wierzy za mnie. I mnie trzyma.

Taki czas.

niedziela, 2 marca 2014

łóżko w wielkim mieście

To dziś dla odmiany łóżko w mieście, otwarty balkon, żeby powietrze świeże nie musiało do mnie tęsknie pukać przez szybkę i ptaki, co plotkują jeden przez drugiego, że czternaście stopni i brak zachmurzenia. Miałam plany, ale trzeba było je szybko zwinąć w rulon i włożyć za kaloryfer, gdzie inne rulony. Zajmuje mnie więc ogromnie czekanie, żeby było lepiej.

Powinnam może spać, ale natłok słów chodzi po głowie. Nie ma jak wyprosić. W środku wszystko we mnie zdaje się być działaniem, unieruchomionym pod onegdaj zakupioną tacą na nóżkach. Na niej, zamiast nieugotowanego obiadu, nienowy laptop z wyświechtaną klawiaturą.

Jak by było trudno, gdyby nagle zlikwidowano słowa na rzecz innej jakiejś technologii.

Z nimi czekam cicho, aż najgorsze minie.

słońce, góry i górale

Mogłabym napisać, że moje ferie wyjazdowe skoczyły się po dwóch dniach i pierwszej lekcji nart. Z mocno wyakcentowanym świętowaniem dwóch lat "Przystani", bowiem "koleżanka z Redakcji", Dosia, akurat była organizatorką naszego wyjazdu o charakterze wielce rekreacyjnym. Potem w związku z zawirowaniem zdrowotnym Okruszyna musiała włączyć tryb emeryta w sanatorium. Więc jeszcze spacer do Doliny Kościeliskiej, ale potem już tylko huśtawka obok stoku, a jeszcze potem łóżko z widokiem na zlane słońcem Tatry.

Ale ferie nie skończyły się po dwóch dniach. Wszystko opromieniała obecność paczki przyjaciół. Doktor J, przygotowujący pod okiem Renee prawdziwe latte w wysokich szklankach. Aż strach myśleć, co by było, gdyby postanowili jednak nie dojechać. Nie wspominając, że wraz z nimi dostaliśmy w pakiecie tak bardzo potrzebne ratownictwo medyczne. Georgiana, pokazująca ile może unieść słomiana wdowa z szóstką dzieci (no dobra, czwórką, ale szóstka brzmi bardziej dramatycznie). No i sama Organizatorka Dosia, inicjatorka kulturalnych biesiad, w których z Renee uczestniczymy jedynie z kieliszkiem soku porzeczkowego. Jak on świetnie udaje wino. I jeszcze Dosiny MdM, z którym każdy obiad zamieniał się w beztroskę.

I bohater numer jeden, czyli Boski Andy, dzięki któremu stało się to, czemu nigdy nie dałabym wiary: dzieci nasze nauczyły się jeździć na nartach. Skakanka to nawet śmigać tak, że dech zapierało, gdy po emerycku zachodziłam popatrzeć.

Niespodziewane nasze Zakopane, roku Pańskiego dwa tysiące czternastego.


środa, 26 lutego 2014

narciarstwo szybkie

W końcu zjeżdżają się wszyscy. Doktor J z Renee opóźnieni chorobami dzieci.

Ośla łączka - to łata śniegu na tle brunatnego, wiosennego pola. Wzdłuż niej przesuwają się talerze wyciągu, jakiś wyraz wiary w to, że jeszcze sezon trwa. Jakoś go tutaj robimy. W warunkach braku publiczności - mamy cały mokrawy stok dla siebie. Uczą się jeździć dzieci, zapewniając pracę instruktorom.

Boski czyni zamach na mnie i umawia mnie na lekcję też. W ostatniej chwili dopiero, jak w filmie Hitchcocka, mówię, że ja nigdy jeszcze w życiu. Wkładają na mnie buty, kask, narty i mimo protestów lekcja się zaczyna.

Jako nauczyciel nie mogłabym nie napisać. Potrzebowałam pięciu lat studiów i jakiejś praktyki, żeby uczyć. Tu góral ze wsi pod Zakopanem, pacholę, co wyszkoliło naszą Skakankę, nie wiadomo skąd wie, jak się obchodzić z garstką paniki. Na siebie wziąć ciężar ucznia, dosłownie wwożąc go wyciągiem na górę, a potem za narty w dół sprowadzać metr za metrem. Aż do ostatniej sztuczki, gdy zjeżdżałam już sama z kijkiem trzymanym za plecami. Po lekcji zapytałam, czy to po to, by mieć wrażenie, że się czegoś trzymam. Otóż właśnie dlatego.

Moja kaskaderska jazda (łącznie z wylądowaniem w siatce poza stokiem, skąd kilku chłopa mnie wyciągało) została wszechstronnie sfilmowana przez Dosię i jej MdM przy pomocy urządzeń przenośnych. Stan zdrowia na drugi dzień, złamany dramatem, nie pozwolił na kontynuację, ale na owych mikrofilmach widać czarno na białym, a nawet w kolorze - że jechałam.


sobota, 22 lutego 2014

droga

Dawno opatentowaliśmy zasadę, że pakowanie to już urlop, więc nic nas nie goni, by zdjąć z siebie presję. Chodzi o to, by w momencie największej frustracji, nie puściły nerwy i nie wyjeżdżać pokłóconym. Dajemy dzielnie radę. Rzeczy nad wyraz mało, bo podobno wiosna. Więc easy like a Sunday morning.

Wspominany uprzednio rozsądek w kwestiach cukierniczych przegrywa na godzinę przed wyjazdem. Zaczynam robić sernik. I to z polewą czekoladową na wierzchu. Skoro Dosia bierze coś do picia, to jak tu bez ciasta.

Jedziemy za to potem w mleku, przewiewanym czernią nocy. Mgła. Ale przed nami czerwone pozycyjne światła spotkanej na autostradzie Dosi z Rodziną. Jak ich Boski zauważył, gdy nas wyprzedzali - nie pytajcie, ale to ta obca mi potęga koncentracji za kierownicą. Mnie się w takich sytuacjach od razu w drodze opowiada, najchętniej strofami Lorda Alfreda Tennysona.

Jesteśmy pod lipami. Deszcz dzwoni o rynny, spłukując śnieg z oślej łączki. Jutro poszukamy pierwiosnków.

piątek, 21 lutego 2014

dom

W pośrodku reisefieber ze Skakanką rozmawiamy sobie. Bo of kors musi być przytulanie, w najbardziej stresujących momentach, to wie każda kobieta. Boski w tym czasie osiąga szczyty wydajności w działaniu, więc wchodzenie mu w drogę z tę głupią prośbą "przytul mnie" jest doprawdy ryzykowne.

Więc ze Skakanką wpośród toreb przytulany się i rozmawiamy, co wypada, a co nie. Kończę złotą myślą:
"Dom to miejsce, w którym można sobie podłubać spokojnie w nosie".

A my już niebawem w znalezionym przez Dosię Domu pod Lipami, dłubać sobie będziemy w nosie jedynie we własnym pokoju.

finisz

W zakupionej dawno temu książce do time management czytałam, że planowanie powinno zająć 80 procent czasu i energii, by wykonanie - jedynie 20 procent swobodnego ruchu z górki. I wiem, że tak jest. Na ogół umiem.

Ale nauka poszła w las, myślę, planując nasz jutrzejszy wyjazd do Zakopanego. Coś miałam kupić, coś załatwić, wyprać, z pewnością nie zostać w ostatni dzień ze stosem i paniką wyrażającą się utratą jasności myślenia. Podjęłam wczoraj strategiczną decyzję: musiałabym upaść na głowę, by się brać za pieczenie ciasta. Dziś zastanawiam się, czy może w czasie snu zsunęłam się z łóżka i właśnie upadłam, bowiem szukam w lodówce składników. Zapowiada się pasjonująca walka z rozsądkiem.

Jak pisała Dosia, Organizatorka, nie dopytujemy o śnieg, więc pozostały nadzieje na kawę i ciasto. I to jakoś odcisnęło ślad w mojej pamięci, że ciasto, a nie narty.

Pralka pierze rzeczy, które właściwie powinnam już układać w zgrabne stosiki w porządku alfabetycznym i umieszczać w torbach. W związku z pogłębiającym się stanem psychicznego otępienia, właściwym osobom twórczym, ale nieco chaotycznym (przynajmniej w niektórych życiowych kwestiach), piszę.

Bowiem w pisaniu jestem wzorem uporządkowania. Gdyby ktoś potrzebował plan książki z tytułami rozdziałów, godziny przyjęć od-do wiszą na drzwiach (lub przynajmniej wyobrażam sobie, że wiszą).

Biorę głęboki wdech i myślę, by nie zapomnieć o wydechu. I powtarzam sobie: zawsze byłaś mistrzem deadline'u i ostatniej prostej.

środa, 19 lutego 2014

jane austen żałuje*

Życie ukryte w listach. Powieści poczytne bardzo, kartki luzem, szlaczki wszędzie. Pióro, stalówka. Dystans, rzeczywistość jakby ciągle tylko oglądana, żeby ją potem opowiedzieć.

Zamyślenie w kurzych łapkach wokół oczu, czy coś jednak jej nie minęło. 

Pisanie albo życie?

Ciągle wybieram oba. W pisaniu małe zasługi, ale życie nie przestaje się dziać. Także gdy w nocy, po całym dniu mówienia sobie, że wszystko na dobrej drodze, że nic nie boli, nic się nie stało, nagle płacz dobywa się - ani z oczu, ani z gardła, ale z przepaści jakby jakiejś - i wydaje się, że nikt nie może pomóc.

A potem jest dzień. Próbuję tłumaczyć zlecone, Grzybek przychodzi i pyta: przez jakie H się pisze 12 koni mechanicznych? 

Zdecydowanie życie przed pisaniem. I pisanie jako podpis do życia.

*Miss Austen Regrets, UK 2008, (zwiastun)

poniedziałek, 17 lutego 2014

cudowne lata


P.S. Sztucznych rzęs nie dałam rady. Może odstraszył klej inglota za 4,50 zł  i uwaga: nie stosować na rzęsy. Nie bardzo było wiadomo na co innego, więc zostały w domu.

piątek, 14 lutego 2014

tani armani

Od tak dawna noga moja nie postała w żadnym lumpeksie. Niech Czytelnika to stwierdzenie nie skieruje na tory myślowe, że to znaczy, iż Madame Okruszyna kupuje jedynie w butikach i sieciówkach. Madame bowiem zatrzymała się w rozwoju odzieżowym jakiś czas już temu, zbyt zajęta martwieniem się, by przymierzać. Ale. Przed nami bal. A co. To zmienia zupełnie postać rzeczy. Co więcej, nas zmieni w postacie, jakich się nie spodziewacie.

Postanowienie zerwania ze zwyczajem jedzenia krówek w tym tygodniu spełzło na niczym. Więc będę się jutro wbijać, jakże dosłownie, w szytą sobie onegdaj hecną wielce kiecę. Rodzona matka by mnie nie poznała, gdyby na bal przyszła. Boskiemu jeszcze w szmatlandii szukam odlotowej jakiejś koszuli. Żeby też o kolejnych wyzwaniach w robocie zapomniał. Odrzucam obciachowe kwiaty i palmy, gdyż mimo zamierzonego obciachu - jest to dla mnie obciach per se, poza zdolnością przyjęcia. Na koniec znajduje paski jakieś pod kolor mojej sukienki. Torebkę jeszcze złotą dla się.

Przede mną jeszcze pichcenie, ale potem - metamorfoza. Już mnie ściska w dołku, bowiem w rzeczy samej. Będzie radykalna.

Oby sztuczne rzęsy nie odpadły przedwcześnie.



czwartek, 13 lutego 2014

paradise

Nakładają mi szampon z pianą. Potem szczotkowanie. Potem płukanie i gorący wosk. Potem nad moją głowę wtacza się suszarka. Niemal spa, niemal odrobina luksusu. Niemal Coldplay z radia i "Paradise", owa historia o kimś, kto zamieszkał we własnym świecie i siebie samego przekonał, że tam lepiej niż w tym prawdziwym. Dziękuję, do widzenia, złotych dwadzieścia sześć. Myjnia samochodowa na osiedlu.

Auto myję Boskiemu, bo łatwiej coś zrobić dla innych niż dla siebie. Boski moje oddaje do przeglądu. Zastanawiam się, czy odgadli, jaki kolor lakieru, bo spod wszystkiego nie bardzo było już widać.

Zima skończyła się tydzień temu, uprzejmie donoszę. Słońce rozkłada się na ulicach. Tym brudniejsze wydają się auta i buty, które wraz ze mną wiele przeszły. Guzik do płaszcza zimowego nie doszyty. Nie zdążyłam.

Ze Skakanki zmywam mój puder, gdy leci na szkolną dyskotekę. Grzybek w kapciach Boskiego, bo własne niewiadomogdzie.

Życie nasze codzienne. Podoba mi się z każdym dniem bardziej. Patrzymy zachwyceni na "Rodzinę Leśniewskich" i wydaje się, że nie ma nic piękniejszego nad zwykłość. Nawet w gierkowskim bloku.

poniedziałek, 10 lutego 2014

miss potter

Jakaż w niej drzemała siła. Rysowniczka królików i gęsi. Narratorka, której świat przedstawiony jest tak rzeczywisty, że nikt nie wątpi. Sama mieszka jedną nogą tam, a jedną tu. Zamknięta przez wiele lat w swoim panieńskim pokoju z całym inwentarzem, aż do wydania pierwszej książki.

Oglądam pulchną Renee Zellweger w roli Beatrix Potter i wiem na pewno, że niezwykłość rodzi się z jakiejś wewnętrznej siły. Nawet jeśli na początku wydaje się ona bezbronna i krucha, gdy się nią dobrze zaopiekować, może być niezniszczalna.

I mimo że słowa mi leżą bardziej niż obrazki, nie mogę nie wziąć do ręki tego, w którym Beatrix rysuje i pisze.



I tego, gdy przeżywa rozpacz, której nie sposób ująć słowami, z powodu tragedii, której nikt nie mógł przewidzieć. Brudna, głodna, w pokoju z zaciągniętymi zasłonami.


I gdy mieszka w Lake District. Miałam taki pomysł, by na emeryturze zamieszkać w Kent. Ale Lake też byłoby ok. Niestety oba bardzo drogie.






niedziela, 9 lutego 2014

po drugiej stronie lustra

Okazuje się, że pisanie bloga, poza rozrywką o charakterze prozy śpiewanej, ma też wymiar całkiem utylitarny. Przekonuję się o tym, gdy w środku nocy odbieram od Żony Mena maila z informacją, że zajęcia zumby startują w sobotę. Mało nie łamię sobie palców, gdy wystukuję na klawiaturce mojego jakże smart fona prośbę o zapisanie mnie na nie. Okazuje się jednak, że miejsc już brak. I wtedy do prowadzącej piszę LIST. Na marginesie, szkoda wielka, że nie ma zawodu listopisarz, a może epistolograf bardziej górnolotnie, miałabym całkiem dobre osiągi. Miejsce na zumbę się znajduje.

I tak trafiamy do sali lustrzanej. Podobnie jak z moim graniem na pianinie - umiejętność nigdy nie poddana szkoleniu, a ręce skądś wiedzą, gdzie jest muzyka, dopóki nie włączy się w ten proces głowa, tak i tu - po prostu tańczymy. Przydają się bardzo geny lustrzane. Czyli te, które bez udziału głowy naśladują. One z przodu to, my to samo, co one. Żona Mena przede mną. Ruch mimowolny, choć sekwencje szybkie. Uśmiecham się od ucha do ucha, ociekając potem. I przedtem też.

I myślę, tak, oto gospodyni domowa na co dzień i działalność jakże gospodarcza, tutaj zamienia się w hiphopowca co robi niemal za synchron w teledysku. A trzeba wiedzieć, że wszystko, co ma związek z czynnościami synchronicznymi, generuje niezwykłe wprost pokłady energii. Niech to będzie chór, granie na gitarze w zespole, cokolwiek.

I myślę, nic nas nie zatrzyma, pójdziemy jak burza do wszelkich rytmów, a potem wystąpimy może nawet w osiedlowym Mam Talent.

Żono Mena, pozostaję dłużnikiem.

czwartek, 6 lutego 2014

pierwsza pralka kosmiczna

Grzybek w książce do kaligrafii ma narysować pralkę. Widzę, że wyposażył ją w radio. I wtedy pytam dzieci, czy wiedzą, co się dzieje w nocy w naszym domu. Nie wiedzą do końca.

Mówię im, w nocy nasza pralka przemyka się cicho przez nasz pokój i otwiera drzwi na balkon. Potem lekko odrywa się od parapetu i zaczyna latać. Orbitę okołoziemską okrąża kilka razy, szybka jak światło, i omiata ją gwiezdny pył. Nad ranem cicho wraca i staje grzecznie w łazience, ubrana w nasze mydła i szczotki do zębów elektryczne, co się pysznią, że bardziej nowoczesne i smukłe, a ona taka kanciasta i już nie całkiem młoda.

A ona spokojnie czeka nocy. Wszyscy myślą, że tylko pierze nasze skarpety i na tym jej rola się kończy.

A przecież wcale tak nie jest. Gdy nie śpię w nocy, to przecież widzę, na co ją stać.

wtorek, 4 lutego 2014

discopatia

Bal złomów. Opisała go pięknie Dosia.

Zmierzamy na niego z Sąsiadami z Dołu. Ania wsiada do auta z mokrymi paznokciami, Boski odkręca dmuchawę ogrzewania, by szybciej schły, i mówię jej, myślałam, że ci się nie przyznam, że za pięć przed umówioną godziną wpadłam na ten sam pomysł.

Było na nim wielu Bohaterów niniejszej literatury śniadaniowej i kochanych Czytelników. Wszyscy w wytwornych toaletach, fryzurach i nastroju podniosłym. Jakaż wdzięczność, że ciągle się spotykamy, ciągle w drodze, ciągle razem. Można się z nimi poczuć jak w domu.

Po raz kolejny przekonuję się, że w poprzednim życiu tańczyłam zapewne, ponieważ jest to ta okoliczność, która wyzwala we mnie reaktor atomowy, normalnie uśpiony. Nikt, kto mnie widział w akcji, nie podejrzewa, że na co dzień delikatnie mówiąc - zmagania z melancholią, stresem i im pokrewnymi. Na parkiecie mam znowu tylko 12 lat, ciało chwyta rytm jak antena o dużej czułości, a radość szybko dogania całą resztę.

Wieczorem na dzień trzeci wybieram się sprawdzić znalezione w sieci zajęcia z zumby. W klubie w pobliżu. I widzę, że spóźniłam się o jakiś miesiąc, bowiem po sprzedaniu karnetów wziął i zbankrutował. Cóż za sabotaż moich postanowień noworocznych. Miałam w sumie tylko jedno pryjorytetowe: zacząć się ruszać.

Wracam kulejąc nieco na nogę lewą, znany dobrze dyskopatom ból zaczyna się w części lędźwiowej kręgosłupa, a kończy dopiero w stopie. Takie to skutki braku suchej zaprawy. Ale co się dziwić. W końcu był to bal Złomów.

poniedziałek, 3 lutego 2014

relacje korespondencyjne

Dzwoni telefon, odbieram. Przedstawia się Pan od Sportu. I truchleję. Wczoraj bowiem, jak na niedzielne popołudnie dawnymi czasy przystało, piórem watermana na kartce białej napisałam do niego list. Może dlatego, że bałam się poznać doświadczonego już nauczyciela in person. Miało być usprawiedliwienie za nieobecność Skakanki na treningu. Ale ponieważ. Skakanki nie było dużo w miesiącu styczniu, pan ją przeniósł na ławkę rezerwowych w szkolnej reprezentacji. Więc napisałam długo. Jak zawsze, gdy piszę.

Pan od Sportu z ciepłem wielkim serdecznie mi dziękuje. Że dawno tak pięknego listu. Że miód na jego serce. Że ławka dlatego, że nowe dziewczynki w nowym semestrze też pograć muszą. I dopiero początki i w ogóle.

Przypominam sobie, co pisałam, albo raczej jak. Napisałam jak zawsze, gdy piszę. Prosty łącznik serce-głowa-ręka. Napisałam, że robi niesamowite rzeczy i jak bardzo mu dziękuję. Bo niszcząc kręgosłup przy komputerze jestem pewna, że ruch jest najwspanialszym lekarstwem na wiele, co dzisiaj ludziom dolega. I widząc Skakankę cieszę się ogromnie, że tak daleko jabłko w tym względzie padło od jabłoni. Choć blisko Boskiego, którego niespełnionym marzeniem jest być trenerem.

I wiem jedno. Możemy się martwić, czy jesteśmy jacyś - wystarczająco wspaniali, mądrzy, utalentowani. Ale inni zapamiętają nas tylko z tych momentów, gdy pokazaliśmy im samym, jacy są cudowni, ważni, niezwykli i utalentowani.

dlaczego nie piszesz

Księżyc blady i chudziutki jak po dalekiej podroży, przechylony mocno na bok, jak gdyby własnie szedł spać albo wstawał. A potem widzę delikatny kontur całej jego reszty, i wygląda jak pierścionek cenny bardzo i prosty, jak jakaś nagroda poza tym, co widzialne, obietnica tego, co nie wiadomo.

Pyta się mnie kolega, wszedłem na bloga dlaczego nie piszesz dla dwudziestu znanych ci ludzi mailem jak można pisać osobiście i zawieszać w sieci i nie wiesz wcale kto to czyta. I mówię, to nie tak, gdy jestem przy prostokątnej kartce edytora, czuję się najbardziej sama ze sobą, jak człowiek schroniony we własnym pokoju, zanim się uda na spoczynek. Choć wiem, że mnie ktoś czyta, i gdy słowa ciurkiem lecą, pamiętam i jakoś się z każdym spotykam, z każdym inaczej, i wierzę, że słowa biorąc do oglądu, nie zrobią im krzywdy. 
Dlaczego ktoś pisze - dlaczego ktoś inny czyta. Nie wiem. Umowa wysokiego ryzyka - i straceńczego jakiegoś zaufania.

piątek, 31 stycznia 2014

chodź

Mostem gdy idę, pode mną Odra skuta lodem. Wygląda, jakby ją dopiero kto w biegu zatrzymał.. Pył śniegu owiał nierówności i tylko EyesWideOpen umiałby sfotografować jakoś, choć ciemno. Wiec ta rwąca, osmagana bielą czerń. Zastygła w ruchu, jakby nagle ktoś jej pospiech stanowczo ujął w ramy swojej woli.

Dalej szkoła dla przyszłych kierowców, gdzie ostatni z moich instruktorów dla mych fobii znalazł tyle łagodności, ze na koniec zbierał plon świętego spokoju. Rozkładał gazetę i czytał na siedzeniu pasażera, gdy ja spokojnie pokonywałam lewoskręty i skrzyżowania. Jestem mu dozgonnie wdzięczna za prawo jazdy zdane za drugim razem u największej kosy w całym WOR(L)Dzie*.

Wracam i pode mną znowu rzeki niepokój, powstrzymany w bezpieczną nieruchomość. Gdybym jechała autem, nie widziałabym. Gdybym zeszła z wału, mogłabym chodzić po wodzie. I mam wrażenie, jakby Mistrz tej dziedziny się uśmiechał i mówił: widzisz, przygotowałem Ci trasę, bo wiedziałem, ze tak byś się bała spróbować.

Na tę myśl uśmiecham się lekko i jakaż to musi być odmiana na twarzy zmytej dziś słono wodą.

Od pisania zmarzły mi palce.

*WORD - Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego

czwartek, 30 stycznia 2014

krzyż walecznych

Skakanka kaszle okrutnie w odpowiedzi na kaloryfery. Co za dylemat, ciepło czy zdrowie. Grzybek wysmarkuje Rurociąg Przyjaźń. Chadzamy do apteki.

Brak grafiku dzieci powoduje rozsypanie się naszych grafików. Gdy ja muszę pilnie wyjść, Boski pracuje z domu, potem jedzie do pracy w czasie, gdy inni (w tym ja) wracają. Wczoraj z Placu Solnego przyniósł różę, twierdząc, że nie będzie owczym pędem czekał na walentynki. Patrzę na różę i myślę, czy to znak, by się pogodnie zgodzić na owo rozlatywanie się wszystkich planów i terminów w jałowej walce z katarem i kaszlem?

W planach jakiś bal, sukienka od sylwestra czeka na swoją kolej w pralce. Obchodzę ją szerokim łukiem, bom nadzwyczaj niebalowa, nieogarnięta z robotą, smagana mrozem, dzielna w kwestiach korespondencji pozostawianej bez odpowiedzi, bez możliwości zrobienia planów.

Szukam twórczego zajęcia z dziećmi poza nadrabianiem zaległości i przychodzi mi do głowy wyciąć sobie medal ładny jakiś - i zanim bal, spryskać go zastępczo srebrem brokatowego lakieru do włosów. Z braku złota.

Że niby w przeciwnościach nie opuszczam głowy.

wtorek, 28 stycznia 2014

spadać z nieba

Lubie spadać z nieba. Przynajmniej, jak inni tak mówią. Na ogół nie mam poczucia że. I często z zazdrością patrzę na tych, co mocno po ziemi i jakby znikąd nie spadli.

Sporo czasu mi schodzi na cierpieniu. Podobno ten typ tak ma. Powinniśmy się mijać, jak tylko się widzimy, ale widać nie potrafię unikać znajomych. Cierpienie przychodzi i się rozgaszcza. Mówię mu, że jest niemodne i niemedialne. I nie mam w zwyczaju o nim pisać. Jemu to nie przeszkadza. Jakby czekało, aż stanie się sławne.

Sprowadza je na mnie nieokiełznana wrażliwość. Same dziury jak w durszlaku, a miała być zbroja. (Zbrojarze pod oknem kończą już piwnice, na mrozie dalej pręty pod beton gną, od szóstej rano dzień w dzień z wyjątkiem niedziel i świąt). Naiwność bezgraniczna i zaufanie ograniczone do granic. Niezałatwione sprawy sprzed za-dawna. Nie wiem, co jeszcze.

Więc wyczyn taki. Jeden dzień przeżyć i oglądając się przez ramię, nie skreślić go wcale. Nie skreślić nikogo, nie skreślić siebie. Puścić sobie fan-fary. Skreślić tylko kilka liter. Podobno pisanie może ocalić. Może ocalić okruchy na przykład przed zapodzianiem. Można je za to poczuć humorem.

Grzybek chory smarka kilometry. Skakanka kaszle. Moja robota jakby też idzie jak krew z nosa i znowu jest za późno. Wróble na balkonie przychodzą na słonecznik, może by im tak skarpety na szydełku, bo przecież mróz trzyma.

Im też w jakiś sposób spadliśmy z nieba.

piątek, 24 stycznia 2014

ustawienia fabryczne

To już minus dziewięć i spada. Ma być mróz stulecia. Drzwi od auta ostrożnie, żeby nie urwać klamki.

Pan Bóg, gdy mnie stwarzał, pomyślał o ciepłych krajach. Żebym nauczyła się tańczyć, w oczach miała mnóstwo słońca i biegała niedbale na boso, śmiejąc się beztrosko. A za mną dzieci. Może to miał być Madagaskar, a może tylko Grecja. Więc w ustawieniach fabrycznych termostat domagający się ciepła z zewnątrz. Potem słusznie przewidział, że mało odporna na zaskoczenie, lękałabym się ogromnie trzęsień ziemi i huraganów, pająków, węży i piranii. I patrząc na mapę zobaczył najbezpieczniejszą strefę klimatyczną, i pomyślał: Polska. I sprawił, żebym jeszcze była blondynką i zawsze mogła zrzucić winę na tę okoliczność. Podarował chłodne i porywiste, za to niebanalne nadmorze, piękne widoki w górach zachęcające do doskonalenia się w sztuce latania (w oderwanym od ziemi kierunku szybowania słów), horyzonty płaskie złotych pól, które można zaludniać więziami do woli. Za to pięć miesięcy zimnych, w tym mrozy. Ale może pomyślał: będzie lubić czytać książki w długie wieczory.

Więc nic mnie nie ciągnie do ciepłych krajów, ale termostat powoduje nieustanny dygot. Długie wieczory spędzam pisząc lub pracując, ogrzewana wentylatorem laptopa, co chucha na zmarznięte palce. Nigdy nie pamiętam, jak miałam odpocząć.

Z Fundacji przyniosłam gazety, podobno można się tym owijać. Tylko tak, żeby nikt nie widział. Nie mówcie.


środa, 22 stycznia 2014

mamma mia

Angielski dla Mam pęka w szwach. Dziś mieścimy się tylko dlatego, że choroby zaskoczyły mamy, a śnieg po raz kolejny zaskoczył drogowców. Czeka mnie od za tydzień druga grupa oraz ćwiczenie z odmawiania z powodu końca miejsc.

Pełna podziwu oglądam arsenał przywożony na zajęcia: ubranek, butelek, kocyków, książeczek. I naukę na stojąco z dzieckiem na ręku, na huśtająco, na karmiąco piersią, na usypiająco. Dochodzę do wniosku, że "matka" to ktoś nie do zdarcia. Albo mam do czynienia z wyjątkowymi.

Omawiamy dziś między innymi temat rzekę w babskim gronie: wpływ okoliczności na nasze nastroje. I w ramach utrwalania słownictwa zapytuję wyrywkowo Georgianę: And what makes you feel exhausted? By mogła opowiedzieć grupie. Odpowiada pięknie i bez namysłu: Getting up! I wtedy wszystkie jesteśmy w domu. Potem jakoś w tym stanie trzeba dojechać do wieczora, kiedy nagle zapominamy, że to dziś miał być ten dzień z położeniem się wcześniej spać. A przecież spokojny oddech snu z pokoju dzieci daje nam poczucie, że dzień się własnie zaczął.

W kuchni po południu nieprzytomnie zbieram siły, obiadów kilka od razu, żeby starczyło czegokolwiek choć do piątku. To już jest laboratorium kosmiczne NASA, któż by opanował. W kulminacyjnym momencie do sosu spaghetti dolewam herbatę z mlekiem, zwaną po polsku bawarką, myśląc że to mąka z wodą. Sos nie tężeje. Odkrywam pomyłkę.

Boski dzwoni, że dziś jednak zje w restauracji z klientem.

księżniczka z lodu

Już dawno nie widziałam auta tak spektakularnie skutego lodem. Jakby odtajało kilka razy, a potem je mróz zamknął w jednolitą bryłę. Dostanie się do środka celem zapuszczenia silnika zajmuje akurat tę chwilę, co była potrzebna, by bardziej zdążyć. I wszędobylski śnieg za mną wpada. Skrobanie nadaremne. To jedna z tych rzeczy, której się nie przyspieszy. Powoli lód spływa z tylnej szyby, odgarniam rękami skwapliwie, ale wycieraczki odmarzają dopiero przy końcu trasy.

Potrzebny sztab jakiś kryzysowy. Odkręcam kaloryfery w trosce o ciepło domowe. Najlepiej byłoby zgromadzić zapasy i nigdzie więcej niż trzeba nie jeździć, a nawet nie chodzić. Alarmową rolkę papieru w kiosku zdobywam. A że Boski Andy pracuje na czubku wielkiego pasażu handlowego w samym centrum, sms-em upraszam o kupno paru pilnych z rossmanna.

Do domu zjeżdża jako ostatni, po szklance zamarzniętych ulic. Gdy ustaje harmider, zakupy wyciągam. Płyn do demakijażu oczu, co opatrzyłam opisem "najtańszy", wydaje się inny jakiś i bardziej ekskluzywny, bo dwukolorowy. I czytam, że do tuszu wodoodpornego. Refleksja mnie nachodzi, że w istocie rzeczy, przy skłonności obecnej do pocenia się oczu (mimo niskich temperatur), powinnam używać czegoś, co się nie maże. Ale. Usuń to potem człowieku.

Na słuch o reklamacji siatki z rossmanna, Boski wzdraga się mówiąc: "Zostaw mnie. To ochroniarz wybierał". Wiedziałam, że misja będzie trudna.

Z biblioteki Andy przywozi mi książkę. "Księżniczka z lodu". Coś jakby w temacie.


poniedziałek, 20 stycznia 2014

nieblog roku

Na stronie zajmującej się ustalaniem, kto zasłużył na tytuły w dziedzinie pisania codziennego, jest lista P.T. Jurorów. Oceniam trzeźwo, że przebywanie w tym gronie nie bardzo mnie interesuje. Oraz jak to dzisiaj niektórzy są znani z tego, że są znani. I że to wystarczy, by formalny bieg słów i ukryte między wierszami implikacje ustawić na podium.

Co gorsza, kategorią "Życie codzienne" będzie się zajmować blondynka znana jako Perfekcyjna Pani Domu. Niewiele o niej słyszałam poza tym, że białymi rękawiczkami sprawdza kurz na półkach. I jakoś się nie mieści w mojej hierarchii wartości. W życiu bym jej tu nie wpuściła i nie dlatego wcale, że może bałagan.

Patrzę przez okno na zew słów, który był przy mnie od dziewczynki. Nawet gdy obok nie było nikogo, słowa przychodziły jak zwierzątka domowe, żeby ze mną pobyć. Przyjaciele w biedzie.

Potem wyobrażam sobie wielką kapitułę Onetu z bannerem bloga roku ładnie zatkniętym za plecami. Perfekcyjna Pani Domu wkłada białe rękawiczki. A może i okulary, żeby lepiej widzieć plamy. Poniżej słowa moje rozciągnięte na prosektoryjnym stole celem ustalenia tożsamości.

Dziękuję, nie wchodzę. I tak się nie mieszczę w kaftaniku politycznej poprawności.

sobota, 18 stycznia 2014

gatunek

Dear Jacket pisze, żeby zgłosić się po Blog Roku 2013 i wygrać. I myślę, a to ten konkurs, w którym samemu trzeba się zgłosić jako kandydat, a potem przekonać innych, że jest się wartym ich głosów. Więc rzecz wymagająca autopromocji w stopniu absolutnie wykraczającym poza moje pojęcie.

I za plecami wiem, jaki mam rok 2013. Taki, gdzie nic właściwie nie poszło, jak miało. Rok tak koszmarnego załamania zdrowia, że nie wyraziłaby go żadna proza lekka. Więc nawet nie próbowała. Kończyły mi się słowa kilka razy, a przecież wierzyłam za Karen Blixen, że można w nie z mocą wielką przemienić każdą ilość cierpienia. I rok doświadczenia ocalających więzi. Rodziny i szaleńców mieniących się przyjaciółmi. Za co jestem zobowiązana.

Ale przecież nie mam nic do stracenia. Bycie Nieblogiem Roku przerabiam od pięciu lat, nigdy nie wziąwszy udziału. Więc. Nic się jakby nie zmieni, gdybym odpadła w przedbiegach.

Owijam boczek surowy wędzony z ogórkiem w krwistoczerwony plaster mięsa, zastanawiając się, jaki to gatunek. "Ja i moje życie", "twórczość artystyczna", "pasje i zainteresowania" czy może "kulinarne". I wtedy przypominam sobie: wołowina pieczeniowa.

piątek, 17 stycznia 2014

modna pani

Zauważam pewną prawidłowość w czymś, co Autorka "Wieczornego", gdyby nadal pisała, nazwałaby "światem przedstawionym". Otóż kobiety noszą pikowane kurteczki trzy czwarte, ogromnie błyszczące i w kolorach jaskrawych. Do tego spodnie rurki i wysokie skórzane buty, kupione zapewne w tym roku, bo ani śladu po zębach czasu. Znaczy chyba trafiłam na trop trendu.

I przypominam sobie zajście ze sklepu obuwniczego, gdy kupowałam Skakance wymarzone przez nią buty na zimę.Przy kasie przed nami po obu stronach lady stały młode dziewczyny, osłonięte makijażem i przykryte fryzurą. Jedna płaciła za obuwie, druga przyjmowała pieniądze, a ja dziękowałam Opatrzności, że znalazł się rozmiar i nie trzeba było jeździć szukać.

Skakanka powiedziała: Mamo, ty też kup sobie jakieś buty. Najpierw muszę sprawdzić, jak bardzo przemakają te, co mam, wyjaśniłam trzeźwo, nieświadoma zupełnie, jak szokujące wrażenie mogę robić na transakcji zakańczanej pomyślnie tuż przed nami.

Gołym okiem widać, że buty, klejone razy kilka przez szewca, przemakać będą już wielostronnie, jeśli tylko spadnie śnieg. Ale może już nie spadnie, obmyślam w duchu, gdy inni robią życiowe plany. I nie chodzi o to, że nie znajdę funduszy. Podobnie jak niedaleko jest pasmanteria z guzikami, które można by w końcu doszyć do płaszcza. Ale ogarnęła mnie w dziedzinie stroju nieruchomość jakaś. Nie pamiętam, kiedy coś ostatnio. Nic. Jak również niezgoda na zimę, równie wielka jak to ciągłe marznięcie, co nie wiadomo, skąd.

Całym strojem zimowym wygłaszam niemy strajk wobec stycznia. Passive resistance. Civil disobedience.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

na zakupy

Turlam wózek po biedronce. Nie dało się tych zakupów odłożyć już bardziej. Próbowałam w ciągu dnia ułożyć ten wypad w głowie jako obietnicę odskoczni, czasu dla siebie. Że niby luksus taki swobodnej jazdy między alejkami. I może coś wpadnie w ręce miłego. Bowiem od kilku już lat w dziedzinie zakupów uległam wypaleniu.

Z przedmiotów luksusowych biorę chusteczki do nosa w ładnym pudełku i w paczuszkach do torebki. Bo ostatnio w potrzebie wycieram oczy szalikiem. Potem na twarzy mam barwy wojenne czarnych rozmazanych pasków od tuszu. I nikt nie zwraca uwagi i wstyd przynoszę nazwisku.

Naprzeciwko chusteczek widzę Upiększający Krem na Dzień znanej marki, za złotych piętnaście, i że działanie natychmiastowe. Nie wiem tylko, czy to znaczy, że on działa nagle i radykalnie w dzień, a w nocy dobrze, że nas nie widać. Rezygnuję ze sprawdzenia na rzecz płynu do naczyń, a potem płynnie podjeżdżam pełnym promem kosmicznym do stacji opłat. Okazuje się, że bonów nie. Odbywam sprint do bankomatu.

Ale przecież. Dzięki Justy zawsze mogę teraz wyobrazić sobie. W prezencie przywiozła mi najpiękniejszą angielską bombkę. Ze swojej choinki (już nigdy nie powiem u niej w domu, że coś szalenie mi się podoba!). Ale jest prześliczna. I w wyobraźni właśnie wychodzę z taką torbą z Harrodsa, kupiłam dopiero co skrzypce Stradivariusa i parę drobiazgów. Żebym się nie podźwigała, wysłano po mnie białą limuzynę z barkiem i sześcioma drzwiami. Dziękuję, Justy. I za to, że hobbystycznie czytasz blogi. To sens pisania, ten Człowiek po drugiej stronie.




niedziela, 12 stycznia 2014

zapora

Postanawiam przed Świętami podjąć zaczętą lekturę książki typu kryminał. Będzie to drugi lub trzeci kryminał w życiu, nie licząc powieści akcji czytanych w szkole średniej, z Dniem Szakala na czele.

Kryminał mam od Mamy. Mówi, weź to do domu wreszcie skończ. Bo na kocu plażowym pożyczała latem, ale z przyczyn (nie)obiektywnych nie dałam rady. Choć pół roku wcześniej to ja powiedziałam Mamie: takiego Mankella czytam, zobacz, jaki fajny.

Podejmuję przerwaną lekturę na stronie trzydziestej, przewidując, że właśnie tam na kocu mogłam skończyć. Czyta się świetnie, choć w okolicach strony sześćdziesiątej zdaję sobie sprawę, że warto wrócić do piętnastej, bowiem pewne fakty umknęły.

Następnie, dotarłszy do trzydziestej wracam do dziesiątej. Potem w końcu do pierwszej. Znaczy że tylko pierwszą przeczytałam na kocu na plaży, używając okularów bardzo słonecznych, choć nie całkiem czarnych, jakie ku swojej rozpaczy często w codzienności używam do jej oceny. Również w nieletnie pory roku.

Po Świętach Brat Bliźniak mówi, że może Mankella weźmie ze sobą na Wyspy z powrotem i ostatnie trzydzieści stron czytam tak szybko, że po zamknięciu książki nie wiem do końca, co ustalił Wallander z Ann-Brit i czemu nazwisko sprawcy brzmi inaczej niż wcześniej.

Zawsze miałam swobodny stosunek do początku, środka i zakończenia.