czwartek, 30 września 2010

zawód tłumacza

W decydującym momencie, gdy próbuję podzielić przepastny tekst tłumaczenia na stosowne pliki, edytor przestaje działać i wychodzi, trzaskając drzwiami. Powinnam zacząć odzyskiwać dane, uderzyć pięścią w stół czy zastanowić się nad własną biznes determinacją. Nie mam jednak dla siebie dobrych wiadomości: mimo szlifów zdań tak wielokrotnych, że gdybym była manikiurzystką a nie tłumaczem, klientka zostałaby już pozbawiona paznokci, myślami jednak wybiegam do czasu, gdy zlecenie oddam. Wyglądam już zwykłych rozterek, przyszywania guzików i pomponów, co odpadły w międzyczasie, zakupów hurtowych do pustawej ostatnio lodówki i innych drobnych prac zupełnie fizycznych, co nie zakłócą słuchania radia. I mimo że przyszły tydzień nie zapowiada odwilży, przeciwnie, grad dodatkowych obowiązków i zamawianie u swojego superego budzenia o jeszcze wcześniejszej porze, wyobrażam sobie złotą polską jesień ze mną na fotelu bujanym, spowitą w ciepły pled z materiału na kieckę w kratę, choćby i z robótką szydełkową w dłoni.

Awansem na poczet przyszłych przyjemności, które z każdym miesiącem przesuwają się coraz bliżej wieku emerytalnego, wprowadzam drobne zmiany w wystroju wnętrza. Przy małej lampce biurkowej podziwiam nowe kolory, dobrane przez grafik dizajnerkę. I gdy szukam dalej zaginionego tłumaczenia po komputerze, zastanawiam się, kiedy będę mogła nazwać siebie tekst dizajnerem czy podobnie.

środa, 29 września 2010

biuro festiwalowe

Bowiem niektórzy przychodzą na świat w czepku, inni z Szopenem. W czepku zapewne byłoby wszystkim bardziej do twarzy, ale reklamacji  na ten temat raczej nie uwzględnia się.
Ci z Szopenem na przykład cały dzień tłumaczą zielononózki kuropatwiane, w przerwach gapią się w okno, chyba że akurat trzeba gdzieś lecieć. Nawet wtedy jednak mają myśli niespokojne i globalne, kompletnie nie potrafią przystosować się do ciemności, zimna i deszczu i wtedy też wiedzą, że żadne rytmiczne i spokojne pimkanie Bacha czy Haydna nie opisze tego zdziwienia i żalu do szpiku kości. Zapewne na ogół są melancholikami, i to perfekcyjnymi melancholikami, bo wśród tych najwięcej audiofilskich dewiacji.

Bez względu na okoliczności miewają niskie poczucie stabilizacji i szczęścia, raczej odnoszą wrażenie, że zawierucha przestawia ich jak meble w czyimś apartamencie, zanim zdążą pozostawić odcisk na parkiecie czy jasną plamę na ścianie. Mimo iż od Szopena są z natury uzależnieni, włączają uwielbiane przez dzieci "Tyle słońca w całym mieście" oraz "Ach, jak przyjemnie". Rzec by można, rodzina ich przed Szopenem ratuje i przywraca życiu tu i teraz, bo tkwiliby z niewidzącym wzrokiem na ścianie do śmierci głodowej - być może.

To teraz idę coś zjeść.

wtorek, 28 września 2010

eine kleine nachtmusik

Wieczorem radio przylepia plaster na te dwa dni walki w okopach. Jak gdyby z deszczem, który zaczął się w niedzielę wieczorem, spłynęły wszelkie nie do przewidzenia implikacje i komplikacje, co dwie doby mogłyby rozsadzić i obdzielić jeszcze te pozostałe do końca tygodnia. Ale niebezpieczeństwa zażegnane, stany zapalne zaleczone do odwołania i zatrzymuje mnie na chwilę "Trójka".

Sianecki się dziś mądrzył, że trójka to styl życia i ja w takim układzie trójkowa nie jestem, mnie decybele promowanej muzyki progresywno-indi-pendentnej po prostu uderzają prosto w pień mózgu i nokautują migreną na cały dzień. Ale wieczorem, gdy auto próbuje zdążyć po mokrej kostce brukowej do rytmu wycieraczek, przynudza Chet Baker - i przypomina mi się sprezentowany Rufus Wainwright, na którego życie toczy się za szybko. A w drodze powrotnej, w moim samochodowym salonie muzycznym, dowiaduję się, że minęło już pięć lat czekania i zaraz będzie Konkurs Chopinowski. I z auta nie wychodzę, słucham, mówią o tym, jak się pianiści przygotowują.
I już wszystko wiem, jak będzie: oddam zlecenia do oddania, wyłączę telefony i jak niegdyś nastolatka, z uchem przylepionym do głośnika radia z demobilu, będę nieefektywnie, nienowocześnie i mało atrakcyjnie z punktu widzenia fabularnego, słuchać*.

*Lirycznych opisów tu w tej chwili oszczędzę, pióro zbyt wątłe, mogłoby wyjść karykaturalnie.
** Alu, wiem, że nie lubisz Chopina. Ja niestety się z nim urodziłam zamiast czepka.

poniedziałek, 27 września 2010

niedziela dla przyjaciela

Gdy jednak goście przychodzą, rozterki związane z życiem (nie) jak z bajki mijają jak ręką odjął. I w sumie czy to nie dziwne, że ciągle się spotykamy, wbrew logice otaczającego świata - co dwa tygodnie na kawie, szósty już będzie rok z rzędu. W tym czasie część rezydencji zamieniła się z M2 na dwupoziomowe apartamenty lub domy, tylko u nas czas jakby w miejscu przystanął. Ale przecież nie rozmawiamy o tym, przecież zajmują nas inne sprawy. I bez tych więzi wydaje się, że smak życia byłby jakiś zwietrzały.

Wieczorem dzwonią Yola i Pietruszka spod Paryża i to już w ogóle jest kropka nad i. Wyobrażam sobie deskę do prasowania te tysiąc paręset kilometrów stąd, i jak w czasie rozmowy spod żelazka wychodzą koszule. Okazuje się, że tam też mają grafiki szkolne, dżudo i grę na trąbce, i wszystko do pogodzenia w jednej rodzinie. Czuję się internacjonalnie pokrzepiona i zakasuję rękawy do walki z grafikami.

Dziś basen dziecka starszego i zebranie trójki klasowej, na allegro szukam niedrogiej maszynki do bilokacji.

skansen

Przygotowanie domu na przyjęcie gości zawsze uświadamia mi zawsze, że nie mieszkamy w pałacu za siódmą górą. Bo innym okiem patrzę na górnopłuk w toalecie, na wannę, z której emalia odeszła w siną dal, gdy potraktowałam ją wyjątkowo żrącym specyfikiem do mycia wc, chcąc zrobić jej mały lifting.

Przymierzanie odzieży przed wizytą gości uświadamia mi z kolei, że nie jestem królewną zza siódmej rzeki, i to nie nawet z choćby jakiejś zubożałej dynastii. Powinnam w końcu podjąć jakąś dietę, ale mam typowo polskie umiłowanie wolności: wolny zawód, wolna dieta, kawa na śniadanie i baton zamiast obiadu - jeśli nie co dzień, to wystarczająco często, by lustro powoli zamieniało się w ścianę płaczu.

piątek, 24 września 2010

zakątek cmentarza

"Dobrze, że się wrzesień kończy, bo zostaje już tylko listopad, grudzień, styczeń i luty zaprowadzania na drugą zmianę", mówi pod szkołą koleżanka, której córka chodzi do klasy z moją. I mnie uderza, zwala z nóg, ta perspektywa. Jakbym miała stwierdzić: fantastycznie, że kolejny miesiąc mam za sobą, już o jeden mniej do życia. Bo u mnie generalnie zmienność sezonów ma posmak Koheleta, ja pamiętam, że to już przecież było, że było już tyle razy, a nie wiadomo, ile jeszcze się zdarzy.

Potem ląduję z dziećmi w panieńskiej parafii, obok duszpasterstwa akademickiego, gdzie zeszła młodość, i zbieramy kasztany i liście w ramach zadań domowych. Po jednej stronie mamy szpital hematologii dziecięcej - za murem poniemieckim, tak myślę, słychać głosy dzieci, które też być może kasztany biorą właśnie do rąk - a po drugiej jest cmentarz, gdzie Babcia, Dziadek i kilkoro jeszcze przodków.

I dzieci chcą na cmentarz, tam przecież jest nagrobek ze śmigłem, bo zginął śmiercią pilota, i w słońcu idziemy. Wokół grobu Babci chaszcze po kolana, jakoś od ostatnich zaduszek zeszło, i zastanawiam się, jak przekłada się poziom sympatii względem zmarłego na stan ogólny jego kwatery. Sprzątamy jednak Babci, w chaszczach znajdujemy główkę kości ramienia lub przedramienia, suchą na wiór. Odkładam na nagrobek obok, niech się martwią sąsiedzi.

No tak, wrzesień się kończy, dzieciaki wesoło pokrzykując biegną do auta, będziemy robić kasztanowe ludki.

husbandry

Chylę czoła przed hodowcami kur zielononóżek kuropatwianych, rozumiejąc, że przypadł mi nie lada zaszczyt tłumaczenia tekstu o projekcie, finansowanym ze środków unijnych, z udziałem ich ekologicznych pupilów.

Jednocześnie odkrywam rozległe luki w mojej wiedzy leksykalnej, i niemal padam trupem ze zdziwienia, że hodowla po angielsku to "husbandry". "Animal husbandry" i każde inne też.

Nie wiem, czy ma to jakiś związek z faktem, iż wedle pradawnych wzorców patriarchalnych, kobieta gotowała mężowi zupę i drugie, opierała i prasowała upierzenie, a nawet strzygła w razie potrzeby, innymi słowy, wykonywała szereg czynności pielęgnacyjno-"hodowlanych"(?). Nie umiem powiązać "husband" z "husbandry", myślę, że pewnie złośliwość dziejowa połączyła oba terminy. Chyba że husband zajmował się krowami i drobiem, a jednak i tutaj mam wątpliwości, starając się go sobie wyobrazić w gumiakach i wełnianej czapce, na chybotliwym stołku do dojenia.

Zapraszam filologów do debaty na temat, żebym nie wyszła, tfu tfu tfu, na jakąś nową wersję Środy. Pani minister, I mean.

czwartek, 23 września 2010

lost in translation

Dni bez samochodu mam już prawie tydzień, ponieważ dzień rowerowy ukazał mi w korzystniejszym świetle odległości pomiędzy punktami, w których toczy się nasze życie. Więc spacerujemy; doba układa się w rytmie do i z, w dodatku wszędzie zdanżam. Grzybek ćwiczy słabe mięśnie, Skakanka dotlenia mózg poza murami szkoły, ja wyobrażam sobie, że chudnę, mimo zjedzonej nad klawiaturą czekolady w czasie dwóch przydziałowych godzin dziennie na pracę koncepcyjną, gdy nigdzie i po nikogo nie trzeba akurat jechać, przepraszam, iść.

Ciasno mi bardzo w tej kulawej ćwierci etatu, a przecież chwilowo mój small biznes przeżywa rozkwit i błogosławieństwo krótkoterminowych zleceń. I doprawdy nie wiem, czemu chwytam się tej ćwierci życia zawodowego jak linki ratowniczej, gdy w zasadzie, by uniknąć komplikacji, należałoby się puścić i mieć o jeden temat mniej do martwienia się.

Ale póki co, tłumaczę. Tłumaczenie jest rozkładaniem słowa na czynniki pierwsze, aż znajdzie się to jedno, które skupi w sobie całe bogactwo kontekstu. Zanurzona więc w słowa po uszy, czasami boję się, że będzie ze mną jak z Iris Murdoch, której Alzheimer odebrał całą mistykę słów. I na brzegu morza siedzieć będę, z zapisanych kartek robiąc łódki i samoloty, bo słowa nie będą mówiły już nic. I gdy z Grzybkiem wędruję, i rozmawiamy, i słowa mi uciekają, zastanawiam się, czy to już jakieś preludium. A może tylko za mało snu.

Dobranoc.

środa, 22 września 2010

poniedziałek, 20 września 2010

bike day

Dzień spędzam na rowerze, wcale nie za miastem w celach rekreacyjnych, ale właśnie wzdłuż i w poprzek centrum, gdzie znalezienie miejsca parkingowego dla auta koło południa jest trudniejsze niż zakup czekolady w latach ścisłego kryzysu.

Więc załatwiam po kolei sprawy w punktach mapy kreślonej przez bardzo kiepską wewnętrzną nawigację. Pan w garnitur ubrany przez sieć telefonii cyfrowej bardzo uprzejmie otwiera mi drzwi, gdy rower wprowadzam do salonu i przy oknie stawiam na nóżce, a pani parzy mi kawę, informując o zmianach w opłatach i perspektywach. I już nie czuję się jak biznes woman na szpilce, przecież przyjechałam w bojówkach i obuwiu sportowym; czuję się jak młody, rzutki przedsiębiorca. Można bowiem na moment zapomnieć o realiach, zwłaszcza, gdy takie słońce, i ta prędkość na dużych skrzyżowaniach, gdy na przejściu dla pieszych szerokim łukiem wymijam przechodniów.

Dziś naprawdę pociesznie dla mnie wyglądają kierowcy samochodów, którzy siedzą, a jadą; od biurka siedzącego, do auta, z auta na kanapę i tak całe życie cywilizacja kształtuje posłusznego homo sedens. A ja dziś nie, ja dziś z wiatrem we włosach zapytuję w bibliotece alma mater, a co tam słychać po latach, i pogodnie Grzybka na tylnym siodełku transportuję z przedszkola pod szkołę. It's a perfect day, chciałoby się rzec.

Może po prostu jazda wywołała jakieś nagłe przetkanie kanałów dla neurotransmiterów - endorfiny i te sprawy.

sobota, 18 września 2010

w ramionach korporacji

Gdy mój Brat Bliźniak w Hyde Parku oczekuje na przybycie Benedykta XVI, boski Andy zabiera nas na korporacyjny piknik rodzinny, wzorem ojców założycieli, którzy zawsze swoim pracownikom raz do roku grillowali. Założyciele na pikniku są także, wycięci pięknie z kartonu w rozmiarach naturalnych, przed drzwiami garażu podobnego temu, w którym ponoć wszystko się rozpoczęło. I nie wiem, czy mam o tych wesołych dziadkach, co from ruggs to riches, myśleć ciepło czy przeciwnie, bo korporacja nas żywi i ubiera, a z drugiej strony z boskiego wysysa zasoby naturalne jak dobrze usadowiony na karku wampir.

Z mieszanym uczuciem więc ściskam ręce wszystkim, zjadam kawał tortu firmowanego niebieskim logo, i zastanawiam się, czy można to uznać za jakieś rytualne pożarcie korporacji przez żonę. Dzieci zaś zachwycone balonami i atrakcjami bez liku, logo rozpoznają już wszędzie. Skakanka zdobywa laury na konkursie plastycznym oraz festiwalu wolnej twórczości, gdzie - ku naszemu zdumieniu - zgodnie z własnym wewnętrznym impulsem prezentuje krok do walca angielskiego w wersji podstawowej, jak siekierą w wodzie. Potem ściskam następne ręce, jako żona szefa lub podwładnego, w zależności od punktu siedzenia. Objuczeni nagrodami i tym, co z pikniku można było wynieść gratis, wracamy do domu nocą. W home office zasiadam potem cicho i myślę, nie ma jak zupełnie small biznes.

janosik: a true story

Niech to szlag. Oglądanie filmów w piątkowy wieczór ostatnio oznacza zafundowanie sobie bardzo kiepskiego początku weekendu. Nie tylko, że chce się spać, ale też i nie ma co wspominać.

Weźmy na przykład "Janosika". Pani Holland powinna się zająć kopiowaniem mistrzów, nie zawracaniem kijem górskiego potoku. Cóż za przygnębiająca, fragmentaryczna opowieść, której dłużyzny są niczym nie usprawiedliwione. Cóż za nadęta historia, z pretensjonalnym "true story" w tytule; cóż za żałosny bohater, niczym poeta na murach, zatknięty mimo woli na czele bandy nieokrzesanych pomyleńców. Cóż za język filmu, Zola by się w grobie przewracał, bo naturalizm w tak siermiężnym stylu już dawno jest passe. Można by zaakceptować sikanie na planie, mazanie się baranim łajnem, umierające noworodki i obcinane siusiaki, a nawet powieszenie na haku, gdyby widz wiedział, po co. Ale żeby tylko dlatego, że się Pani Holland ubzdurało - trudno przełknąć pejzaż wydzielin i całą tą pornografię śmierci, której im bardziej widz się boi, tym bardziej powinien pooglądać sobie z bliska, przez dziurkę od klucza. A potem wyjść z kina i powiedzieć: ale mocny film, ale odwaga. Bo znowu aktorzy biegali z gołymi dupami, i to tak liczebnie jak dawno.

A jeżeli widz lubi pornografię śmierci i tortur, odsyłam do opisu z pierwszej strony "Nadzorować i karać: Narodziny więzienia", teologa świata bez duszy, zasuszonego Michela Foucault. Przy tym łamanie kołem to nic, pikuś naprawdę. Więc zszokowana nie jestem, większość scen, zwłaszcza z udziałem histerycznego jak zwykle Żebrowskiego, budziła uśmiech politowania.

Lekcja dla mła: nie opowiadać historii, gdy się nie ma nic do opowiedzenia.

czwartek, 16 września 2010

littlest pet

W siatce z rana sałata.
Nie było żadnego cudownego uzdrowienia, by zaspokoić ciekawość drogich Czytelników.

Ale Skakanka poszła znowu do szkoły, a sałata stała się pilnie potrzebna po tym, jak otrzymaliśmy podrzutka w kwiatach. Kwiaty boski Andy znalazł na swoim rowerze o ósmej rano. Znowu spieszę wyjaśnić, że nie od pracownicy zachwyconej imprezą integracyjną z boskim w stroju pirata w roli głównej, i nie żadna poczta kwiatowa, lecz, jak zwykle - sąsiad, bukiet zaś z działki. Sąsiad emerytowany, kwiaty dla córki, by już zupełnie położyć kres spekulacjom.

W kwiatach Skakanka z kolei odnajduje ślimaczka, którego oplombowuje w słoju, jako upragnione zwierzątko do "mania" czy "miecia", bo już niemal wszystkie dzieci mają.

Więc nie było ozdrowienia, a słyszę stąd i zowąd, że wszyscy na zdrowiu podupadają, jedni już na L4, inni jeszcze na warcie. I gdy siatki ze wszystkim plus sałatą na górę wnoszę, myślę, że winę ponosi to chomąto, które wrzesień plecie z grafików i odpowiedzialności, i wiemy, że zostanie na karku do następnych wakacji. Na zdrowiu kładzie się cieniem.

środa, 15 września 2010

dream a little dream

Podejrzewam, że te mikstury przeciwgrypowe, przez lata omijane przeze mnie szerokim łukiem, aż do kapitulacji w ostatni poniedziałek, to sprawiają. Śnią mi się bowiem, podczas dziewięciogodzinnego odpoczynku nocnego, sny niezywkłe zupełnie.

Najpierw wyprowadzka do kamienicy. Suchej, ładnej; mieszkanie umeblowane w jakimś nieco aksamitno-bordowym stylu, aż dwa pokoje, czyli o połowę mniej niż tu, a mimo to nastrój nam towarzyszy podniosły, gdy boski Andy wnosi manele, a ja szafki kuchenne pod sufitem gdzieś zapełniam. I tylko łóżko dla mnie ktoś postawił na werandzie, prawdziwe z pierzyną, za to na otwartym powietrzu, daszek ze słomy chroni jedynie przed zmoknięciem - oglądam przy jesiennej aurze tylko zza szyby. I nie pamiętam, czy to w tym śnie pająk, czy z dnia poprzedniego, pojawiają się bowiem często, zaś w snach w wersji gore zasnuwają pajęczynami stary panieński pokój, że nie da się przejść.

Druga część jeszcze bardziej zaskakująca, przy kasie marketu z taniej sieci dowiaduję się, że tydzień temu opłaciłam sobie przelot do Paryża, za parę godzin, i tylko pan kasjer przeprasza, że bilet gdzieś się zawieruszył. I radość miesza się z nieznacznym smutkiem, w końcu nie planowałam żadnych wyjazdów.

Takie sny kury domowej z gierkowskiego M.

wtorek, 14 września 2010

izo(k)latka

Najgorsze to opadnięcie z sił. W dniu, w którym ze Skakanką nie wystawiamy nawet nosa na zewnątrz, świat kurczy się do salonu wielkości szatni klubu trzeciej ligi. W imię bohaterstwa oraz w imię etosu pracy, któremu podobno wcale nie hołduję, piorę, wieszam, oraz produkuję krokiety, a nawet w przerwach tłumaczę, i grypa zapewne to sprawia, że nie do końca wiem, jaki mamy dzień tygodnia. I tylko jęki z siebie wydaję raz po raz, a Skakanka wtóruje kaszlem, jak gdyby miał ktoś ocenić, komu lepiej wychodzi chorowanie.

Dopiero późnym popołudniem boski Andy oddelegowuje mnie do izolatki, a ja w niej jak tygrys w klatce, nie umiem odnaleźć się nicnierobiąc. A szkoda, nicnierobienie ponoć człowieka konfrontuje z jego najgłębszym "ja". Moje zaś "ja" jeszcze w izolatce tłumaczy, zapisuje słówka, obmyśla metody wychowawcze, które wyzwolą pokłady twórczości nie obracając wniwecz zrębów dyscypliny (gdy słucham zza drzwi odgłosów negocjacji w salonie), kroi sukienkę w kratę oraz maluje nową skrzynkę na klucze - dwie ostatnie pozycje - w duchu, jedynie.

Widocznie chora jestem jeszcze za mało, by moje "ja" mi się ukazało.

poniedziałek, 13 września 2010

majaki

Przewiduję, że podobnie będzie na emeryturze, na czas której odłożyłam już wiele planów, za to bardzo niewiele funduszy, niech mi ZUS wybaczy. Podejrzewam, że będę nadal mieć wizje i chęci, a dodatkowo jeszcze racjonowany obecnie "czas wolny", ale nie starczy sił.

Rozbiera mnie bowiem grypa i odczuwam ogromne rozżalenie, nie tylko faktem, że trudno odnaleźć kawałek mięśnia, który by nie bolał. Z żalem myślę o tłumaczeniu, na które zlecenie chyba przyszło, choć nie wiem na pewno, w głowie wiruje mi Skakanka kaszląca w trybie odtwarzania ciągłego, kariera pisarska Erica-Emmanuela Schmitta, przeczytana gdzieś w prasie, paczka chusteczek, które ktoś musiałby kupić i dostarczyć, sukienka w kratę, która gotowa będzie na wiosnę jak nic, oraz dalsza lista dużych i małych obowiązków, niespełnionych zamierzeń oraz zbyt śmiałych planów.

Dopijam ciecz musującą, która uśmierzy wszystko (ciekawe, czy poradzi sobie również z powyższym spisem) i wypuściwszy z dłoni listę wszystkich "must do", zapadam się w poduszkę - przynajmniej na czas projekcji bajki dla dzieci. Niech żyje Pixar.

niedziela, 12 września 2010

i ty będziesz maratończykiem, rzekł boski Andy

Postanawiam wczoraj, że wstanę rano tylko, jeśli dzieci wstaną stosownie wcześnie, żadna bowiem siła nie jest w stanie pozbawić mnie niedzielnego picia kawy przy niespiesznym śniadaniu. Teoretycznie, przynajmniej. Boski Andy bowiem jakimś cudem nakłonił mnie do zapisania się wraz z dziećmi na maraton w wersji lajt, czyli bieg na milę olimpijską.

Więc dziś, przed dziewiątą, gdy mgły spowijały jeszcze cały stadion olimpijski, historia zaś wyznaczała równo 2500 lat od pierwszego biegu maratońskiego (jak się skończył - wszyscy wiemy!,) stawiliśmy się na starcie. Gdybym nie widziała, tobym nie uwierzyła: ja, planująca uszycie sobie przytulnej i eleganckiej sukienki - w kanarkowo-żółtym podkoszulku sponsora biegu (rozmiar L, bo pozostałe "wyszły"), z numerem startowym 1301. Oburącz - dzieci, Skakanka we wspomnianym wyżej podkoszulku L, a Grzybek jedynie z numerem startowym, gdyż T-shirt sponsora sięgałby mu do kostek. Oraz boski Andy, z plecakiem wszystkiego i aparatem fotograficznym.

Poziom rywalizacji nie był wysoki; rodzice z wózkami też biegli, jeden uczestnik nawet z bliźniakami, oraz piesek przebrany także w żółty podkoszulek. Skakanka - sto metrów przed nami, Grzybek - przebierał nogami najwięcej, bo miał najkrótsze. Po 1600 metrach ustawiamy się w kolejce po odbiór upominków od sponsora, i tak moje dzieci wchodzą w posiadanie pierwszych gier PC. A dotąd żyły w przekonaniu, że komputer jest be, zaś sport to zdrowie.

Opalona mówi, że za rok też pobiegną i czuję, gdy widzimy się na spotkaniu paczki, że stworzymy mocne czoło peletonu. Dziś bowiem przybiegliśmy przedprzedostatni.

sobota, 11 września 2010

trochę soli, trochę pieprzu

Znajdujemy w domu produkt zagrożony przeterminowaniem. Produkt jest podwójny i niebieski, ale to nie ser pleśniowy w dwupaku, lecz bilet do kina na dowolny film. Boski Andy dostał go od naszych Miłych Sąsiadów w roku zeszłym na andrzejki, ale jak widać rozrywka to nie nasza najmocniejsza strona i dopiero groźba przeterminowania zmusiła nas do podjęcia zdecydowanych kroków.

Więc najpierw skierowaliśmy kroki na kinderbal, gdzie zaproszone były nasze dzieci, i tam też je (dzieci) zostawiliśmy o godzinie szesnastej. Potem zaś udaliśmy się na jedyny film o szesnastej piętnaście we wskazanej na bilecie sieci kin. Film nosił tytuł "Salt" i gdyby nie bilbordy rozwieszone po mieście, myślałabym, że to dokument o Wieliczce.

Dawno z boskim Andym nie widzieliśmy podobnego gniota, skala porażki jest absolutnie nie do pobicia i podejrzewam, że Jolie zagrała w filmie tylko dla pieniędzy. Mielizny fabuły są takie, że utknąłby na nich nawet dziecięcy pontonik, a autor scenariusza, Kurt Wimer (a tak podobało mi się jego Equilibrium!) pogrzebał dla mnie swoją reputację na zawsze. Tak idiotycznej intrygi bowiem nie pamiętam od czasu Air Force One, który przy Salt wydaje się przecież arcydziełem. Jedyną ciekawostką - Daniel Olbrychski w roli Rosjanina. A gdybym była szefem rosyjskiego rządu, po premierze filmu wycofałabym z USA cały korpus dyplomatyczny - bo mamy tu do czynienia z Rosją dziką, jak z pierwszych dżejmsów bondów; wierzyć się nie chce, że producenci wsparli tak anachroniczny zestaw pomysłów, a amerykańska publiczność go łyknęła.

Gdybym mogła wybierać jeszcze raz, zamiast soli z Jolie - byłaby kawa i ciasteczko.

czwartek, 9 września 2010

feel like shopping

Wychodzę z poradni z orzeczeniem, które przyznaje Grzybkowi wszelkie godziny pracy pedagogicznej i psychomotorycznej, w związku z "nieharmonijnym rozwojem umysłowym" i mam ochotę się śmiać (mamy zatem basen), wrzeszczeć (Grzybek jest fantastycznym facetem, tego nie napisali) oraz płakać (teoretycznie mamy problem). Naprzeciwko poradni jest jednak sklep z tkaninami i resztkami i tam nabywam kupon pięknej wełnianej, pastelowej kraty (zobaczyć można tu). Na sukienkę, którą sobie na mojej latającej maszynie do szycia wykombinuję.

Kobieta bowiem robi zakupy tylko wtedy, gdy jest bardzo smutna lub bardzo szczęśliwa. A ponieważ nie mogę się zdecydować (patrz: akapit pierwszy), i stoję w rozkroku pomiędzy dwoma wskazaniami emocjonalnego cyrkla, kupuję profilaktycznie.

Teraz muszę się gdzieś dowiedzieć, jak się szyje sukienki, i to na podszewce.

środa, 8 września 2010

latająca maszyna do szycia

Od paru miesięcy chodziła mi po głowie maszyna do szycia. Właściwie po głowie chodził mi zakup. Dawniej maszyna do szycia bywała narzędziem chałupniczej pracy, sposobem wybrnięcia z kryzysu, gdy rzucali na sklep byle co i z rzadka, narzędziem zaradności, gdy przerabiało się stare na nowe (i vice versa, w zależności od umiejętności szwaczki; sama zniszczyłam doszczętnie chiński podkoszulek w liceum, próbując go skrócić). Dziś - maszyna do szycia to wolność, wolność designu własnego ciucha, wyglądu według własnego widzimisię, nie zaś według dyktatów mody, że wszyscy robimy się na jesień fioletowi. No i fakt, nie potrzeba fortuny, materiały są wyprzedawane za grosze, bo kto dzisiaj szyje?

Na początek wydało mi się, że dobra będzie taka w ślicznej walizce za trzy stówy, nazwana przez producenta moim imieniem. Potem, że może lepszy byłby producent niemiecki czy fiński, potem widełki cenowe poszły aż w okolice tysiąca siedmiuset i miałam wrażenie, że decyzję muszę podjąć na miarę kupna nowego samochodu. I wtedy rzekłam do Szefa w Niebie, iż wie, jak bardzo mi na maszynie zależy, więc jeśli byłoby mi z nią do twarzy, to niech znajdą się fundusze i dobry model, bo sama nie umiem sobie kupić.

Po miesiącu maszynę do ofiarowania zgłosiła sąsiadka w rodzinie. Nowa, nieużywana, ale sprzed dwóch dekad; w dobre ręce opiekuna oddam. No i mam. Żaden tam mercedes, syrenka raczej, stary, produkowany jeszcze w Polsce (dziś - w Chinach) Łucznik. Szyje pięknie, aż trudno za nią zdążyć, a mi szczęka opada, że tak łatwo może się spełnić życzenie "spełnienia marzeń".

A skoro Szef tak mnie zaskoczył w kwestii maszyny, nie wiem, doprawdy nie wiem, dlaczego mu nie dowierzam, że zatroszczy się i o resztę.

wtorek, 7 września 2010

keeping up appearances

Lekcja 1: na wywiadówkę przychodzi się w dżinsach, nie w biznes kiecce. Nie wiem, czy to rodzaj jakiejś walki o władzę wg Michela Foucault, czyli wygrywa ten, kto bardziej znieważy przeciwnika, czy o coś zupełnie innego, ale dzisiaj odzieżowo nie pasuję. Zawsze mogę sprawiać wrażenie, że przyjechałam prosto z jakiegoś spotkania na szczycie w korporacji - kto tam powie, że ostatnio zawód: szwaczka domowa.

Lekcja 2: na wywiadówce należy usiąść w ostatniej ławce i siedzieć cicho, choćby nie wiem jak prowokowano. Pani wychowawczyni bowiem zapytuje o chętnych do trójki klasowej i nie ma tychże. Marta, co siedzi obok mnie, szepcze, że nie ma najmniejszego zamiaru. Pani wychowawczyni grozi niegroźnie, że nie wypuści rodziców bez wyłonienia trójki klasowej, a mimo to nikt się nie zgłasza i nikogo nie przestrasza wizja noclegu w nieogrzewanej jeszcze szkole, w odrapanych ścianach i lamperiach. Wtedy zapytuję, co trójka klasowa robi na zebraniach rady szkoły, i to jest błąd. Wychowawczyni uśmiecha się: "Więc pani się zgłasza?". "Tak", odpowiadam bardzo cienkim głosem i czuję się jak widz, który na licytacji brylantu koh-i-nor zamachał programem odganiając się od muchy, a został wystukany młotkiem po raz trzeci. Tak zostałam przewodniczącą. A Marta obok mnie, co nie miała zamiaru - zastępcą.

góry

W górach wszystko wygląda inaczej i na pewno chodzi o perspektywę. Z góry po prostu topografia wydaje się bardziej prosta, zwłaszcza gdy patrzy się bez lornetki. W górach czuję niemal, że mam przyjaciół na śmierć i życie, chociaż bardziej pewnie na to drugie, najchętniej przy kawie i dobrym słowie. A przecież czasem chciałabym sprawdzić, czy gdy lecieć będę na łeb na szyję, któryś podstawi poduszkę; ba, nawet samej mieć szansę wykazać się jako ratownik niemalże medyczny.

W górach losy działalności swej jakże gospodarczej wydają mi się przesądzone: zlicytować należy mienie stałe, zegar i segregatory, bo najmniej będzie we mnie żalu pod koniec życia, że nie osiągnęłam wysokiej pozycji zawodowej. Poza tym ulegam złudzeniu, że przecież ją mam, mam ją w swoim profesjonalizmie, nie musi wyrażać się tytułami. Z gór widzę wyraźnie, że najbardziej interesuje mnie stworzenie domu jako miejsca, do którego się wraca; bukowego koniecznie, pachnącego i słonecznego, gdzie zegar na ścianie gwarzy, gdzie każdemu dobrze, nawet roztoczom w kurzu. Niechby na kamieniu nagrobnym znalazło się kiedyś tylko to, niechbym zdążyła, wzdycham.

W górach Opalona częstuje szarlotką, Mirella zasypia w fotelu, t.w. M. ma informacje o wszystkich do trzeciego pokolenia wstecz, Arturo puszcza muppet show, a George i Georgiana utrzymują stały wysoki poziom optymizmu. I nawet najmłodszy synek Borków zasypia na bujanym fotelu, jak na błękitnej chmurce.

Wracam i wydaje mi się, to pisząc, że bajki jakieś opowiadam.

poniedziałek, 6 września 2010

żyję też dorywczo

Właśnie skończyłam szyć. Szyć strój pirata dla boskiego Andy'ego, na jutrzejszą imprezę w korporacji. Gdyby jeszcze trochę włosy boskiemu przedłużyć, byłby Jack Sparrow jak nic. Mimo tego spektakularnego sukcesu w biurze zamienionym w szwalnię, mam nadzieję, że nie będzie długiej kolejki fanek po autografy.

Nie piszę i taka się robię od tego przezroczysta, że w lustrze zanikam jak Shrek z ostatniego filmu 3D. Zostawiam na jutro wszystko nieopowiedziane i nie opowiadam siebie od tylu już dni. Tożsamość narracyjną poskładałam w kancik w szafie, dołączy niebawem do bohaterów wszelkich moich aspiracji do powieściopisarstwa i będzie można złożyć zgrabny zielnik z zasuszonych eksponatów. Ci przynajmniej się nie starzeją.

A może jutro, może jutro opowiem i wszystko wróci do normy, jak po dobrej kawie?

czwartek, 2 września 2010

błotosmętek

Może to ironia losu i znalazłam się mimowolnym bohaterem czarnej prawie, powiedzmy, szarej, komedii. Twarz moja sztywna, w kolorze ciemnej zieleni późnego lata, co się skończyło znienacka parę dni temu. Zapach unosi się nadgnitych wodorostów i tylko oczy białe wystają. To maseczka z alg, dostana onegdaj od uczennicy. I tak siebie widzę odbitą w ekranie monitora, gdy przygotowuję zajęcia na temat Nowej Zelandii - dla innej uczennicy, która tam się w lutym wybiera.

Więc ja odbita w monitorze i czytelnik ciekaw pewnie, czy i mi odbiło. Tak, odpowiem, całkiem możliwe, że nie wytrzymałam stresu początku obecności szkoły w naszym życiu. Lepiej zzielenieć może niż osiwieć. Lepiej zaniemówić niż powiedzieć dwa słowa za dużo. Zgrzytam zębami mimowolnie, żołądek nie trawi, i nie wiem, jak złożyć działalność gospodarczą ze szkoły na drugą zmianę (na dwunastą, proszę Państwa, na dwunastą dziecko chodzi) oraz zajęć rehabilitacyjnych Grzybka po południu (sześć godzin, proszę Państwa, winno być).

Może należałoby się rozpłakać czy wyboksować frustracje w stary jasiek, a ja na zielono pachnę morskim błotem. Chyba po prostu ręce opadają.