piątek, 31 grudnia 2010

odlot

A gdy ktoś mówi, że podjął wyścig z czasem, śmiać mi się chce. Oto Brat Bliźniak poleciał i co - znowu było za mało. Za mało czasu. Nie pomogłyby buty do biegania adidas torszyn czy inne, żeby zrobić tego czasu więcej; nadrobić godziny zaległe i awansem za przyszłe miesiące się ze sobą nabyć. A przecież pijemy czekoladę u Wedla, oglądamy Narnię w 3D i pieczemy razem makowce (zdjęcia wkrótce!). A nawet Brat Bliźniak podejmuje baby sitting, gdy z boskim Andy'm wychodzimy wieczorem do kina też. I dzieci chciałyby go całego dla siebie, więc snują już dziś od rana plany uprowadzenia wujka do kraju.

A wujek pofrunął do nowego epizodu Londyńczyków. I niech to będzie najbardziej słoneczny i najlepszy z epizodów.

szkoła szycia

A przecież szycie kojarzy mi się z przetrwaniem. W czasie wojny, dajmy na to, w czasie biedy i głodu - można mieć dyplom Harvardu, a bez umiejętności szycia można zostać gołym i wesołym. Więc szyjąc rozmyślam sobi, o tych wszystkich kobietach, co szyciem ratowały dzieci, zarabiały, reperowały domowy budżet i jak kobieco w sumie wyglądały, w sweterku i kołnierzyku, lekko pochylone nad maszyną, choćby taką, co ją napędzać trzeba było pedałem z kołowrotkiem. Ale gdy nitka mi się rwie, gdy halkę wszywam, zmniejszam, zwiększam, a na koniec wycinam tylko po to, by w końcu stwierdzić, że jednak się przyda, wspominam też szycie mojej mamy. Nie była to błękitna rapsodia, nie były to wprawki z zabawy w krawiectwo, gdy łucznik co godzinę stawał dęba - łamały się igły, spadał pasek klinowy, rwała się nitka albo ścieg szalał. Albo prawa strona doszyła się do lewej w dużej partii zszytych stron, co miały byćgotowe na za godzinę. I wtedy ta maszyna wydawała mi się katowskim pieńkiem, i ile by człowiek dał wtedy, by poszybowała przez okno ku stacji kosmicznej NASA i mamę od siebie uwolniła.

Więc gdy boski Andy się zżyma, że ja przy szyciu, mówię: być może, gdy się w końcu nauczę i zamek kryty nie rozminie się z drugą połową, taki fach kiedyś bardziej nam się przyda niż angielskie słówka.

zaszyłam się

Więc skoro chwilowo mnie nie ma, znaczy, że wybieram. Są to dni maszyny do szycia, w którą tłukę z mizernym skutkiem w postaci psychodelicznej kreacji w stylu retro. Czekam na normalne tygodnie, na wieczory z książką. I martwię się, kiedy nauczę się pisać datę w nowej wersji, skoro dopiero co nauczyłam się pamiętać, że 2010.

Jutro ruszamy na polski biegun zimna. Zamiast psychodelicznej kiecki było sobie wyszykować futro. O.

wtorek, 28 grudnia 2010

either or*

Bo przecież nie można mieć wszystkiego. Człowiek taki duży jak topola, a tego nie wie. Nie można chcieć lepić z dziećmi aniołków, pisać książek, gotować przysmaków z ciasta francuskiego codziennie świeżych, jechać na komisję rehabilitacyjną syna po raz enty w ten hojnie opadający na ziemię śnieg. Odnieść sukces zawodowy na przyzwoitym szczeblu profesjonalizmu. I jeszcze szyć sobie sukienkę na sylwestra. No nie da się.

Ile by tupać jak dziecko i obrażać się na to, że jest jak jest, po prostu się nie da. Jeść czekolady i pierników, oraz batonów Danusia (absolutnie ulubionych) i nie tyć.

Pora zacząć wybierać. To kawa czy herbata?

*o ile się nie mylę, Kierkegaard coś popełnił pod tym tytułem. Jeśli kto inny, to mnie poprawcie.

niedziela, 26 grudnia 2010

pisanki

Właściwie, to w tej dwugodzinnej przerwie, którą dysponujemy w przerwie między gościnami, gdy boski Andy przykrywa się czasopismem, idę sięgnąć po książkę (chciałabym móc powiedzieć, że zawsze w wolnych chwilach czytam książki, ale na ogół jest tak, jak dziś: już idę, już jestem tuż tuż półeczki, gdy coś mnie zatrzymuje lub dzwoni na alarm. Intencja zawisa w powietrzu, we wzrokowym zasięgu okładki). I dziś, gdy cały świat zatrzymał się w miejscu, do głosu dochodzi dawno już pogrzebane marzenie o pisarstwie. I jak staruszka, co ze skrzyni na strychu wydobywa swe cenne pamiątki, w końcu zbaczam z trajektorii po książkę i sięgam po swój segregator z nieksiążkami. I nie, nie zdążam pooglądać trupa w szafie, pierwszej swej niebyłej i niedoszłej powieści, niewydanej nakładem; wcześniej natrafiam na jakiś wydruk wiosny dwa tysiące dziewięć - z bloga swego powszedniego. Wydrukowałam bowiem ku pamięci potomnych, by dzieci może kiedyś łaskawszą wystawiły mi cenzurkę, widząc okruszynę w dziejowej zawierusze.

I żałuję, jakże ja żałuję, że matki, babki i pradziadkowie, obowiązkowo nie zajmowali się działalnością pamiętnikarską. Że na ogół nie pozostawiają żadnego posmaku codzienności, żadnego wglądu w to, co wydarza się między smarowaniem kromki a piciem herbaty. I mam taką inicjatywę ustawodawczą, by było to obligatoryjne. W dwudziestym roku życia każdy powinien dostawać kajet i przydział długopisów, i dzienną normę sześciu linijek.

I palcami stukając w stół, o pisaniu nadal marzę. Niezmiennie, jak słoń o balecie.

piątek, 24 grudnia 2010

vigilamus

I tak czekam, czy przyjdzie do mnie. Z kartkami wysłanymi za późno lub wcale. Z kuchnią atomową, która mało nie wyleciała w kosmos na skutek szeroko zakrojonych prac ( z drugiej strony szkoda, bo może zobaczyłabym gwiazdę betlejemską z warkoczem aż do ziemi). Czy nie zrazi Go mój katar do kolan. Moje bieganie za dziećmi, co dostały kuku na muniu ze szczęścia, że Mikołaj Święty odpowiedział na listy i prośby. Z zamętem, ale tylko nieznacznym, czy aby wszystkie wynalezione zawczasu prezenty trafiły w gust.

Bardziej wyglądam w noc i deszcz, jak wcześniej dzieci za saniami i dzwoneczkami, które ja przelotem zobaczyłam nad dachem domu obok. Wyglądam i zastanawiam się. Czy przyjdzie. W moje przyziemne troski, w niezdolność odróżniania rzeczy ważnych od pierdół. W drobne słabości, jak radość niesłychana w dostanych od Brata sztucznych rzęs na Sylwestra. W kanciastość obycia, perfekcjonizm wymieszany z bałaganiarstwem i wszystkie inne ambiwalencje. I szukam, i czekam. Co to będzie. Ale cicho sza, może już słychać ciche skrzypnięcie klamki. I przyjdzie, i położy dłoń na moim ramieniu. I jakoś to będzie.

środa, 22 grudnia 2010

kuchnia nie jest kobietą

No i masz babo placek. Rozkłada mnie. Gdyby się głębiej zastanowić, było to nieuniknione. Jak się lepi pierniczki zamiast spać, jak się wygląda ładnie, za to się marznie, albo swoim swetrem w wygwizdanej poczekalni okrywa przez godzinę śpiące dziecko, to tak się sprawy na ogół kończą.

Mimo tych oczywistych oczywistości jestem jednak zdumiona; zawsze wydaje mi się, że moje możliwości są z gumy, pewnie dlatego jeszcze wczoraj biorę ekspresowe tłumaczenie. Za to już dziś odwołuję lekcje, boli mnie z grubsza wszystko i marzy mi się niezwykle rzadko praktykowany zestaw: łóżko plus telewizor, zwłaszcza że Brat Bliźniak przywiózł mi pięć sezonów czystej angielszczyzny. Na dvd. Ale nie chciałabym, by Święty Mikołaj potraktował mnie zbyt dosłownie i właśnie taki upominek zafundował pod choinkę. Duszę więc farsz, co jest niczym w porównaniu do jutrzejszego okrucieństwa wsadzania biednych drożdży do piekarnika.
Jutro bowiem z Bratem zamierzamy piec makowce. Zawsze ubolewałam nad brakiem jeszcze siostry do kompletu, a tu proszę - rozwiniemy kulinarny duet, dzieci obiecały zrobić stosowne czapki.

I jeszcze tyle planów. Na przykład schudnąć między Świętami i Sylwestrem o jeden rozmiar.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

każdy wschód słońca Ciebie zapowiada

Czekam na słońce już od trzech godzin, i gdy właśnie nabrałam przekonania, że koło podbiegunowe opuściło się o kilkadziesiąt stopni w dół, by i Polak mógł doświadczyć warunków nocy polarnej, coś jakby poszarzało. Nie mam dowodu namacalnego, że to słońce, choć domyślam się, że ponad chmurami śniegu i lodu gdzieś tam wysoko jest, łaskawe ostatnio tylko dla południowej półkuli. Są tacy, co na Święta jadą go szukać właśnie tam - dajmy na to Niedźwiecki na Tasmanii. Gdyby chociaż ktoś przetarł jakiś niewielki tunel, którym wpadłoby kilka promieni - byłaby to jakaś pociecha. A tak...

Wstaliśmy tak wcześnie, bo Grzybek dziś ma kolejne badanie, na które musi zasnąć. Co lepsze, potem wstać i wystąpić we własnych jasełkach. Mamy udekorowane pięknie pierniczki na tę okoliczność. Nie muszę chyba dodawać, że z powodu nocnego dekorowania pierniczków, oraz stresu, czy syn zaśnie, czy nie, czy zdąży na swój występ oraz czy samolot z Luton z Bratem Bliźniakiem na pokładzie wystartuje - w zasadzie tej nocy nie śpię wcale. I nawet tegoroczne Święta wydają się tak nierealne, że muszę sprawdzać w kalendarzu - czy rzeczywiście będą.

niedziela, 19 grudnia 2010

christmas at sea

Wzorem Wiśni, zamieszczam dziś pocztówkę muzyczną. Niedźwiedzki leci na Tasmanię, w łazience startuje pralka z wirowaniem i ciągle się zastanawiam, kiedy wyjdzie poza atmosferę, a jutro Brat Bliźniak przylatuje z UK - dzieci od tygodnia modlą się o brak opadów w korytarzu powietrznym.
A tego poniżej proszę słuchać przez słuchawki - także można wyjść w przestrzeń pozaziemską.

sobota, 18 grudnia 2010

Englishman in Warsaw

Wczorajszy koncert wyśmienity, nie licząc Gawlińskiego, a od Anny Marii Jopek i akompaniamentu z użyciem szklanki musztardówki - to już w ogóle miód. I nie posiadam się z radości na widok Kydryńskiego, który z radości, że zapowiada Stinga, o mało nie wyskakuje z obuwia  - warto było poświęcić prawo na rzecz kultury, o tak!

I kiedy Strzyczkowski mówi, że radiowa "Trójka" zaprezentowała się jako grupa "dystraktów" z głowami w chmurach, którym z rzadka udaje się nawiązać łączność z ziemią, cieszę się, że tacy są. Bo chociaż z pewnością lekarze, prawnicy i finansiści, a także naukowcy i przedsiębiorcy, trzymają świat w ryzach, to właśnie owi oderwani dystrakci nadają życiu ten smak, ten feeling. Choćby taki Kydryński, taki Niedźwiecki, których zasługami są pasja muzyczna i gawędziarstwo. Niech nam żyją.

Sting - porywający. Słów brakuje. Co ciekawe, występuje w miejscu, gdzie niedawno mieliśmy galę laureatów Konkursu Chopinowskiego. Komorowski tym razem na balkonie; wtedy podarował publiczności słynny już lapsus o "armatach ukrytych w krzakach", a ja podziwiałam tłumacza konsekutywnego, że z podniesionym czołem dal radę wszystkiemu.

PS. Z cała swoją nieżyciowością, z testu dostaję 5+. Po porażających wynikach testu poprzedniego, prowadząca zniżyła poprzeczkę do parteru.

piątek, 17 grudnia 2010

nieprzygotowana

I znowu miękko, w śnieżnych okolicznościach, lądujemy na drugim końcu miasta u neurologa.
I zmiany ogólne w EEG, tym, co było miesiąc temu z okładem, teraz już wszędzie, więc chyba nie jest lepiej, choć być może nie gorzej. Medycyna na całym świecie, a nawet najlepszy diagnosta dr House, nie mają pojęcia, skąd się biorą te ostre czubki fal, ta burza elektronów w czasie snu. W sumie same powody do radości, fale nie są padaczkowe, choć nikt nie powie, czy znikną, czy się wyostrzą do padaczki. Na to wszystko, możemy podawać kwasy omega trzy w kolejnym dla odmiany preparacie, co ma takie znaczenie, jak zakrapianie nosa solą fizjologiczną w czasie zapalenia płuc - jak mawia Georgiana.

Jutro podobno piszę test z prawa, a zwłaszcza karnego materialnego, i nic już nie poradzę na to, że mnie to nic nie obchodzi. Wyobrażam sobie biel kartki z nadrukiem pytań i definicji, podanych przez panią, co na godzinę zarabia tyle, ile ja miesięcznie płacę na ZUS. i jak tę kartkę pustą z uśmiechem bezczelnym oddaję, w duchu współczując wszystkim prawnikom świata, że nie zajmują się prozą czy pieczeniem pierniczków.

Dziś porozmawiam z boskim Andy'm, pomilczymy sobie na temat wszystkich "nie wiadomo" przy włączonym kaloryferze, potem spróbujemy anteną namierzyć program drugi, bo dziś koncert polskiego radia w telewizji, i Kydryński, i Sting. Dobry dodatek do znaków zapytania zalegających warstwowo.

środa, 15 grudnia 2010

o szukaniu słońca

Przywalona zajęciami i nauką na test z prawa, poćwiartowana telefonami i załatwieniami przedświątecznymi, marzę o odrobinie glamu. Fryzjer na przyplaśnięte czapką włosy, kosmetyczka i szycie kiecy z zakupionej beli materiału. Ale najpierw zakupić śledzie, grzyby, drożdże, odbyć z Grzybkiem badanie słuchu znowu na śpiąco, doskonalić się w błyskawicznym odśnieżaniu auta. I chyba się starzeję, bo z roku na rok zima wydaje mi się coraz bardziej bezwzględna, wstawanie rano, jak rwanie ciężarów - jak gdyby przez noc to mnie śnieg przysypywał, nie samochody i ulice. No i to ubieranie na siebie warstw mniej więcej tylu co w tradycyjnym sękaczu. Szukam zimowej inspiracji innej niż spożywanie kawy i pierniczków, czy wrzaski z radia. I zazdroszczę posiadaczom kominka.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

pierniczki i inne zjawiska

Zajadam się pierniczkami wyprodukowanymi wczoraj przez Szwagra na spotkaniu rodzinnym. Teraz już mogę. Załamanie spowodowane przymiarką sukienki z zeszłorocznego Sylwestra minęło. Kupiłam bowiem belę materiału na nową, i teraz tylko kroić i szyć, i tyć.

Skłonność moja do robótek ręcznych może kiedyś okazać się zgubna, ze względu na niezwykłą swą czasochłonność. Poza tym bywa wykorzystywana przez najbliższe otoczenie, i tak wiele rzeczy Okruszyna robi, choć można by je po prostu kupić. Wczoraj boski Andy o godzinie osiemnastej przypomina sobie, że przed swoim L4 obiecał pracownikom tort z okazji zaległych imienin. I jutro chciałby nim poczęstować. Więc piekę, oglądając bardzo zabawny film "2012". Podobno katastroficzny, a ja dawno już się tak nie uśmiałam.

W kwestii tortu zaś pozwalam sobie na pewną taką frywolność. Oceńcie sami, czy pasuje do menedżera korporacji.

czwartek, 9 grudnia 2010

patrzę w niebo gwiazd szukam przewodniczek łodzi

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi;
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.

Bowiem bakcyl przeszedł na mnie. I jak huśta, jak kołysze, a po głowie kołaczą się właśnie strzępy tej oto strofy wieszcza. I cieszę się niewymownie, że nawet choruję literacko.

I ten stan otwiera mnie na niezliczone inspiracje w kwestii prezentów podchoinkowych, więc zamawiam, klikam, trzymając się stołu w home office. I oczekując na niechybne efekty zwrotne,  zaraz włączę doktora House'a, bo jak tu chorować bez lekarza pod ręką.

Oraz życzę Czytelnikom zdrowia. Jedzcie, póki nikt nie woła.

środa, 8 grudnia 2010

aktorzy niejednej roli

Prawdopodobnie powinnam jednak zabrać się za przygotowywanie lekcji, nie zaś pisanie. Jestem przekonana, że Benjamin Franklin* tak właśnie by zrobił, podobnie jak wszyscy, którym droga jest idea sukcesu kosztem codziennych wyrzeczeń.

Jakoś jednak ociągam się. Waham się też, czy wspominać, że grypa żołądkowa przeszła z Grzybka na Skakankę, co objawiło się w czasie wizyty mej córki u koleżanki z klasy i prawie rodziny. Nie wiem, jak do tego ma się savoir vivre, mam nadzieję, że nam wybaczono i tylko zastanawiam się, gdzie wirus pójdzie dalej.

Boski Andy nadrabia zaległości w zakresie przeglądu prasy, lektury i chorowania; zachwyca mnie ta dwoistość jego natury, że z doskonałej żony potrafi się w chwili przeistoczyć w pełnokrwistego męża. Ciekawe, czy mógłby mnie chwilowo zastąpić w roli nauczyciela - po wczorajszej nocy wypełnionej testami przygotowawczymi do FCE dla dzisiejszych uczniów, głowa ciąży ku klawiaturze, styl ciąży ku opowieści noir, zaś głowa leniwie kontaktuje się z kończynami. I proszę o wybaczenie wszystkich zaległych telefonów.


*prowadził skrupulatne zapiski w zakresie pracy nad sobą i planowania własnego rozwoju

świetny materiał na żonę

Boski Andy na L4 czyta Grzybkowi (na którego L4 biorę ja - pierwszy raz w życiu!) nasze ulubione opowieści o Pettsonie i Findusie, i nastrój w domu taki, jakby były już święta. Boski gotuje sobie także dietetyczną zupę jarzynową, odkurza dywan, pomaga Grzybkowi narysować zielonego bałwanka. Jak róznież rozwiesza pranie, które ja wsadziłam wcześniej do pralki. Kupuje chrupiące bułeczki i odprowadza Skakankę do szkoły.

Jednym słowem, zaznaję tego, co Wiśnia nazywa posiadaniem... żony. Bo w domu na ogół brakuje właśnie kogoś takiego, zastępczej pary rąk.

Uniwersalny, przenośny tata, staje się obiektem uwielbienia dzieci. I ja także jestem szczęśliwa, nawet gdy w drodze powrotnej z ZUS potrąca mnie auto. Po-trąca dosłownie, znaczy uderza mnie w plecy, na tyle nieznacznie, że nie przewracam się w błoto, lecz idę dalej po przejściu dla pieszych, kręcąc głową nad wszystkimi kierowcami, kórzy wydobyli auta spod topniejącego śniegu.

A tu Pettson i Findus, lub też Andy i Grzybek:

poniedziałek, 6 grudnia 2010

polak mądr po szkodzie

Gdy już ustalamy z Andym, że schodząca skóra z rąk Grzybka pozwala podjerzewać, iż jednak miał szkarlatynę w dodatku nieleczoną, zasypiam, rozmyślając o czekających nas ciągu badań laboratoryjnych. I wtedy okazuje się, że ta noc, podczas kórej święty Mikołaj podróżuje w towrzystwie dzwoneczków z workiem upominków na okazję własnych imienin, w ogóle nie jest przeznaczona do spania. Grzybek bowiem o trzeciej zaczyna wymiotować, a potem już nie wiem, czy to jawa, czy sen, gdy po raz kolejny sięgam po miskę, gdy zrzucamy pościel, piżamy i stwarzamy sypialnię na nowo, przy coraz mniej dostepnym wyborze dizajnu czystych poszewek i prześcieradeł.

I patrzę, jak do odpływu wanny zmierza kotlet schabowy z ryżem, z takim samozaparciem szykowany na niedzielny obiad (włosy śmierdziały mi smażeniem jeszcze u Marty, gdzie zawijałyśmy w mankiet do pieczenia dwadzieścia osiem podarków na klasowego mikołaja) - wiem, wiem na sto procent, że trzeba było dać dzieciom słone paluszki i absolutnie mieć za nic normy żywieniowe i obyczajowe, przepisy na supermatkę i certyfikowaną gospodynię. Choć raz olać obiad i zrobić coś dla siebie. Chociaż w niedzielę.

sobota, 4 grudnia 2010

nowe szaty cesarza

Wszyscy widzą, że dostałam znowu kreację w prezencie, i proszę mi nie zazdrościć. Niestrudzony grafik dizajner zaskakuje mnie od czasu do czasu nowym przebraniem i za każdym razem cieszę z jak dziecko. Ba, czuję się jak większość kobiet po wizycie u fryzjera. Drobiazgi jakieś jeszcze muszę poprawić pod dyktando, ale goście niech potraktują jak brak imbryka z herbatą, która jednakże już zaparza się w kuchni.

Na studiach ogłaszają mi terminy zaliczeń, a to taki przecież wiek, że słowo zaliczenie kojarzy się zupełnie inaczej i jakby nie dotyczy (wybaczcie, może to skutek oglądnięcia wczoraj cynicznego House'a - Georgiana ucieszyła mnie bowiem odcinkami serii szóstej).

Nie wiem, nie wiem jak to będzie, na razie zajmuje mnie obliczanie, jak najszybciej przemieścić się z łóżka do czajnika tak, by minus czternaście na dworze i jakieś dziewiętnaście w domu nim wywarło wrażenia na ciele, którego metabolizm praktycznie już śpi. Wish me luck.

piątek, 3 grudnia 2010

gdy za oknem bałwany

Jeszcze muszę szybko zrobić przelew za obiady w szkole. Zastanawiam się, czy nie dałoby się stołować tam całą rodziną. Byłoby rozmiacie i tanio, a ja w nowej kuchni mogłabym jużtylko parzyć kawę. Boski Andy byłby ładnym akcentem kończącym dzień na stołówce, przychodząc z kwitem na 18:30 i prosząc o dietetyczną zupę.


Ale dziś od siedemnastej boski złożony jest przeziębieniem, skutecznie zamienionym w stan przewlekły przy pomocy wycieczek do pracy pieszych i rowerowych w znanych wszystkim warunkach pogodowych. Z ekscesami takimi jak oprowadzanie Hidnusów po Ostrowie Tumskim przy temperaturze -12. Powinnam teraz podawać antybiotyk z ciepłą herbatą i różami zdobić portret prezesa korporacji, która nas żywi i ubiera, choć to drugie mniej.

Poza tym z Martą, jako komitet rodzicielski, organizujemy paczki mikołajkowe dla dzieci i wierzcie, naprawdę myślałam, że coś się zmieniło od czasów mojego dzieciństwa.

Skakanka pisze wielce ozdobny list do Św. Mikołaja z prośbą o kólika. Zamierzam przygotować umowę na piśmie między rodziną, Św. Mikołajem i mną, że nie będę stroną sprzątającą.

A kobieta w hrabstwie Kent dzwoni na policję i donosi, że zginął jej bałwan sprzed domu. Cieszę się, że nie mam aż takich problemów.

gwiazdy tańczą na lodzie

i ja także w naszym czerwonym Zygzaku McQueenie, jak mawia Grzybek. Trudno opisać te wrażenia związane z jazdą autem przez uliczne góry śniegu: te zakręty, gdzie tył auta nie nadąża za przodem, zupełnie jak u przetrąconego psa, te wjazdy w śnieg, bez gwarancji na wyjazd, te mijanki w wąskich ulicach, gdy między auta z trudem zmieściłby się palec, gdyż akurat jakaś bardzo ważna osoba (nowy akronim powinien brzmieć "burak") absolutnie nie może poczekać, aż wyjadę na szerszą przestrzeń. To parkowanie gdzie popadnie, to szuranie kołami do przodu i do tyłu w ramach torowania sobie drogi. Ma to swój niedoparty urok, choćdo domu wieczorem wracam wykończona.

Do tego minus dziesięć i nie ma się gdzie schować. Jako ssaki powinniśmy podlegać sezonowej hibernacji.

środa, 1 grudnia 2010

magazyn kulturalny

Rzadko zdarza się majster, który do usług remontowych dołącza również utwór poetycki, a jednak. Poniżej oczom tych, co nie czytują komentarzy do postów, przedstawiam liryk najwyższego lotu pióra Artura - w temacie kuchennym. Pisany sekstyną, rymy ababcc. Kwintesencjonalnie, niczym Awangarda Krakowska.

terra nova

lśnią refleksy pod stopami
mile muska palce pianka
pachnie ciasto ze śliwkami
błękit morski od poranka
choć za oknem są bałwany
u mnie świat poukładany

Jeśli mnie wybiorą do jury, będzie przyszłorocznym laureatem Nike.

poniedziałek, 29 listopada 2010

jak arturo uratował małżeństwo

Gdy wiszą szafeczki, odmalowana przeze mnie półka, nowa lampa, a nawet lambrekin w niezapominajki zdobyczny z alledrogo, któremu w rytmie galopki doszywam nocą tunel na pałąk, informują mnie uprzejmie o przybyciu wykładziny pcv.

Sprawa wydaje się prosta: lekko unieść mebelki, delikatnie wyjąć starą podłogę i wsadzić nową. Jesteśmy pełni optymizmu. Mimo to doznajemy niewypowiedzianej ulgi, gdy Arturo oferuje nam pomoc przy działaniach podłogowych.

I gdy w piekarniku siedzi ciasto (wiecie, w sytuacjach stresowych zawsze piekę, to nic, że kuchenkę zaraz trzeba będzie przestawić), Arturo, mąż Opalonej i ojciec trojga, objawia się nam w stroju, jak twierdzi roboczym. I zarządza ewakuację całej kuchni. Co przy gabarytach naszego mieszkania oznacza tymczasowy stan klęski żywiołowej.

Tak więc lodówka, jak również garnki, zaprawy liczne w słoikach, makaron dla pułku wojska i inne produkty sypkie - lądują w naszym salonie wielkości szatni  klubu trzeciej ligi; meble jadą do home office, tak, że nie da się do niego wejść i wtedy boski Andy przypomina sobie przed wyjazdem po odbiór nowej podłogi, że portfel został pod oknem. Zlew w wannie. Oczywiście dostaję zawału, potem wylewu i znowu zawału; wykonuję proste czystości mycia i szorowania odsłoniętych powierzchni i staram się nie widzieć kątem oka pejzażu wojennego, rozkładu na części pierwsze, rzec by można - szczytowej fazy filozofii dekonstrukcji, bo wystarczyłoby sfotografować i z powodzeniem wprawić w charakterze ilustracji do woluminu Jacques'a Derridy.

I w końcu panowie, w niczym nie przypominający Pata i Mata z bajki o sąsiadach, rozwijają, układają i przycinają. I wkrótce przechadzam się niczym królewna z morskiej pianki po lazurowym wybrzeżu nowej kuchni, po mozaikach z Rawenny, jak skonstatował nasz pomocnik i wierzcie mi, to nowa jakość.

I jedno jest pewne: nas samych, bez pomocy Arturo - uznanego IT specjalisty, architekta, tancerza i ogólnie człowieka renesansu - zadanie by przerosło.

czwartek, 25 listopada 2010

niebieska sekwana

O ósmej rano na Swojczycach znajduję blat taki jak trzeba, "niebieska sekwana", zupełnie przypadkowo. I w cenie hurtowej, więc zamawiam na jutro. Dopełni koncepcji kuchni w stylu PRL, wraz z podtrzymaniem tradycji podłogi z pcv. I tak niebawem w nowych okolicznościach, codziennie będę koło czwartej przeżywać ten sam ból szykowania drugiego dania, dla męża i dzieci oddzielnie, bo jedno z wymienionych jest znowu na diecie (zgadnijcie kto).

Pomimo że paczki z gratami z kuchni nadal porozkładane wszędzie, w końcu przestaje mnie obchodzić wygląd obejścia i zaczynam nasz szpitalny home-schooling. Jest super, tylko boski Andy w bałaganie dostaje od razu globusa, ale i on może w końcu się przekona, że życie jest za krótkie na pogoń za porządkiem. Tę mądrość wynoszę z przewlekłego stanu chorób dzieci i sama czuję się znacznie lepiej.

A poza tym, od paru dni, gdy to odkryłam w funkcjach bloga zakładkę "statystyka" zachodzę w głowę, kto czyta mnie w USA. I co najważniejsze: po jakiemu? Poza tym pozdrawiam Niemcy i Rosję. Czytelników bowiem z Wielkiej Brytanii i Francji zawsze mam na sercu.

środa, 24 listopada 2010

kino umiarkowanej akcji

Przecież daleko mi do Hioba siedzącego na kupie gnoju. Doprawdy spotykające mnie ostatnio przypadki mieszczą się w kategorii nieostatecznych, przemijających doświadczeń. Może tylko stopień uciążliwości oraz stan ciągły dają to wrażenie, siedzenia gdzieś na gnojówce świata zajmującego się pomnażaniem PKB.

Grzybek od gorączki nie mogąc ruszyć ręką ni nogą, dostaje jeszcze wysypki, łudząco podobnej do tej, co miała Skakanka (nadal poddawana domowej rekonwalescencji), jedynie w takim natężeniu, że na miejscu naszego pediatry, co go ogląda, chyba długo myłabym ręce po badaniu. I podobno nie szkarlatyna, nie mononukleoza, lecz raczej rumień zakaźny lub nagły. Po podanym leku może widzieć węże, i wtedy należy lek odstawić. To czekam na wizje.

Mimo iż nie wypada się złościć na drobne wypadki życiowe, próbuję oderwać stary blat kuchenny i w ten sposób zawalczyć z bezsilnością. Boski Andy opuścił bowiem miejsce wypadków, przypomniawszy sobie, że jednak w ten dzień urlopowy musi być koniecznie w pracy. Zupełnie jak w serialach, w których aktorzy grający jedne z głównych ról, nagle wyjeżdżają za ocean.

wtorek, 23 listopada 2010

w smutnym kolorze bluuuu

Bladym świtem, na dwie godziny przed przyjściem elektryków do naszej opróżnionej z mebli kuchni, Grzybek dostaje 39 z hakiem.

Mimo to ewakuuję się z dziećmi do Mamy i gdy w radio zapowiadają śnieg, cieszę się, że nie dzisiaj. W sklepach, które odwiedzam przelotnie za lampą, farbą i wykładziną podłogową, sprzedawcy są dla mnie mili, co może mieć związek z faktem, że wyglądam jak własny nekrolog*. To taki stan, gdy nie obchodzi mnie, czy cera moja mieszana i naczynkowa świeci, daje efekt plam, czy ujawnia resztki makijażu wytartego pocieraniem oczu. Zresztą i tak ewidentnie koncepcje Stwórcy w temacie mojej twarzy minęły się szerokim łukiem z pomysłami wizażystów, natomiast uplasowały mnie w gronie potencjalnych klientek sklepów z upiększającymi mazidłami. Dziś to bez znaczenia.

Remont zaczęty. Boski Andy na wieczór okazuje nową fryzurę z pasemkami w kolorze niezapominajki. Szklanki  w kartonie. Lekarstwa w zestawie przenośnym. Grzybek leżący. Jutro boski Andy na Śląsku na pogrzebie wujka, który się zapił na śmierć. Nad mogiłą stanie obok czterech dorodnych synów tegoż, bo tym razem jabłko daleko padło od jabłoni.
A teraz pora kolację, względnie śniadanie - o ile w którymś pokoju znajdę chlebak i czajnik.

* to najstarsze z używanych przeze mnie porównań; po raz pierwszy w wielce żałośliwym (lamentable) opowiadaniu napisanym w liceum.

sobota, 20 listopada 2010

proszę nie regulować odbiorników

Powinnam iść i bić pianę. Z białek, do torcika. Za oknem też kulinarnie, bo mleko. Na dowód załączam pierwsze w życiu zdjęcie zrobione po ciemku, z naświetlaniem przez 30 sekund. Nigdy nie mogłam zrozumieć tych zależności czasu i światła, tłumaczono mi razy kilka; dopiero fantastyczne zdjęcie kościoła w Rumunii, wieczorem, z księżycem w tle, zrobione przez Drobka, uprzytomniło mi wszystko. Postawiłem aparat na torbie i dałem długi czas naświetlania. Wtedy oświeciło i mnie.

Czytelnik widzi tu otoczenie bloku w centrum miasta. Naprzeciw bloku, mianowicie, wpośród betonowej pustyni Śródmieścia, wyrasta wiekowy domek wolno stojący, z odparzonym tynkiem, starymi oknami i zmurszałą dachówką. Mieszka w nim starutka matka i niewiele młodsza córka, których nigdy w życiu nie widziałam z bliska. Z daleka widuję jedynie na wiosnę, jak doglądają grządki z warzywami, na terenie swojego ogrodu - tak wielkiego, jak polowa naszego osiedla. Obserwuję je wtedy z okna i rozmyślam, jak się żyje pod okiem widzów z kilku pięter. Na zdjęciu fragment zdemolowanej szklarni. Dawniej był to dobrze prosperujący zakład ogrodniczy. Upadł, gdy postawiono nasz blok, który im zabrał, wraz z prywatnością, także i całe słońce. Położył się cieniem na domek i interesy.

A teraz pora przed mgłą za oknem schronić się w piekarnik.

piątek, 19 listopada 2010

eskapizm

Patrzę na listę zamówionych produktów. W chrzanie i majonezie - balony i serpentyna. Zaczynamy bowiem serię obchodów urodzin. Oczami wyobraźni widzę siebie jutro, jak jedną ręką mieszam ciasto, drugą piekę mięso, trzecią sprzątam stajnię Augiasza, czwartą zaś dmucham balony. Obłożona pomysłami na udany kinderbal dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, rozmyślam o pojutrzejszym teście z prawa oraz jutrzejszym wyjściu do filharmonii, które zaplanowaliśmy na tyle dawno, by o nim zapomnieć i teraz pasuje jak pięść do nosa, jak prawy sierpowy do podbródka. I przeżywam zawał, a potem wylew i znowu zawał w temacie rycia kuchni, które zacznie się tuż po obchodach, prawdopodobnie bez przerwy na zabezpieczenie dobytku przed remontem.

Skakanka kontynuuje wagary celem polepszenia stanu zdrowia, ale cerę ma coraz bardziej szarą i nawet zwykły katar rozkłada ją na łopatki. Więc na teraz moim ulubionym znakiem przestankowym jest kropka, bo w kropce się znajduję, rzekłabym, nie od dzisiaj.

A przecież mam ochotę - owszem, z dziećmi, mężem i książką zamiast pieska - wsiąść do pociągu byle jakiego i ściskając w ręku kamyk zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.

środa, 17 listopada 2010

damą być

Marzą mi się długie wełniane rękawiczki bez palców, za to z pomponami. Widziałam takie w pobliskim centrum handlowym. Z powodu ograniczeń związanych ze swobodnym ruchem osób (taki unijny żargon), ponieważ Skakanka nadal nie w formie (właściwie w stanie gorszym niż wczoraj, ale lepszym niż pięć dni temu), póki co się po rękawiczki nie wybiorę. Pożegnawszy uczennice, odbywam podróż jedynie z Grzybkiem do Georgianny celem wstawienia plomby. I Grzybek jak żołnierz otwiera paszczę i nie ma żadnych sentymentalnych scen, godnych dam w długich rękawiczkach.

Nie wybiorę się też po audiobooki do centrum brytyjskiego, a przecież chciałabym stylowo ze słuchawkami na uszach smażyć kotlety w towarzystwie, dajmy na to, Davida Attenborough. Niekoniecznie w rękawiczkach bez palców, choć w sumie, jak mawiała słynna amerykańska kucharka Julia Child, w kuchni nikt Cię przecież nie ogląda.

A nieprawda, bo dziś przyszli elektrycy i oczom ich ukazały się brudne statki porozrzucane to tu, to tam. Zapowiadają rycie betonowych ścian. Rękawiczki muszą poczekać. Teraz czas na te żółte, gumowe.

wtorek, 16 listopada 2010

relaxing the grip on reality

A przecież potrafię cieszyć się z drobiazgów. L4 Skakanki nastraja mnie wakacyjnie, o jedną instytucję w naszym żcyiu mniej. Na myśli mam szkołę, naturalnie. Z tej radości zapominam o zebraniu trójek klasowych i czuję się bardzo dobrze, jak uczen na wagarach od nieciekawej lekcji.

Ze Skakanką oglądam więc Lassie, w przerwie na składanie prania i sortowanie kolekcji zimowych od letnich. Peter O'Toole jest cudowny w tym filmie i tylko żałuję, że nie słucham w oryginale. Szkockie Highlands znowu stoją przede mną otworem, prznajmniej na małym ekranie.

Kupujemy potem papier. Bristol, kartki, farby plakatowe, do urodzinowych dekoracji. I uczeń przychodzi młodociany na lekcję i wierzcie mi, rzadko się słyszy, jak dziesięciolatek relacjonuje swojej mamie przez telefon "ale mam fajne zadanie domowe". I nawet brnąc w nocy przez prawo karne w wersji znanej w Wielkiej Brytfannie (jak mawia profesor Berezowski); ciągle jestem na czubku góry lodowej zadan domowych  - lekko mi i radośnie.

Chyba że to już wywołany długotrwałym stresem obłęd.

niedziela, 14 listopada 2010

seclusion

Podejrzewam, że gdybym mogła powiedzieć o sobie "I as a writer" (po chwili namysłu myślę, że mogę jak najbardziej, wolność słowa gwarantuje mi prawo wygłaszania różnych tez, a tym bardziej dawania im wiary), w dzień taki jak ten oglądałabym świat przez okno bez cienia żalu. Pod kątem czterdziestu pięciu stopni na ogromne moje biurko padałyby promienie słońca przesiane przez resztki liści na drzewach w ogródku i wystarczyłoby mi do życia otwartego okna. Nawet przy tych oszołamiających osiemnastu stopniach, jak dziś.

Dziś jednak za niejaką nieprzychylność losu poczytuję sobie to zamknięcie, to żaluzjami i brudną szybą od słońca oddzielenie.Wzrok zatrzymuję na kurzu zebranym na meblach, tam gdzie słoneczna smuga prześwietla mój jakże ambiwalentny stosunek do prac domowych.

A przecież mononukleozy nie ma. Skakanka budzi się i wije się w łóżku z bólu głowy, i łzy lecą jak grochy. I wszyscy mówią, że nic, że przejdzie. Uwięzione na wieży z kompletem pędzli, czekamy.

sobota, 13 listopada 2010

czekając na wyniki snuję hipotezy

Od wtorku widujemy się z przedstawicielami służby zdrowia codziennie, a dziś nawet będzie jeszcze drugi raz w południe, po tym rannym w laboratorium,. Długie jak i krótkie weekendy układają się tej jesieni w rytm diagnoz; poddaję się temu w miarę możliwości dzielnie, jakkolwiek zastanwiam się ciągle, jak to robią rodziny dzietne bardziej od nas, gdzie magiczna licza pięć (gdy chodzi o dzieci) wydaje mi się możliwa do doglądnięcia jedynie przy pomocy dobrej wróżki.

Póki co, czekamy na wyniki kolejnych badań, czy Skakanka ma mononukleozę zakaźną. Sama jako dziecko chorowałam i wspominam dobrze (miesiąc w domu z doktorami Dolittle, Polyanną i kim tam jeszcze; doktor Dolittle owego roku został odnaleziony dopiero za wersalką i skruszona odniosłam go do szkolnej biblioteki). W naturalny więc sposób oswajam się z myślą, że dla Skakanki rozpoczyna się długi okres samouctwa (przy poziomie szkolnictwa naszych czasów, wydaje się to nawet bardziej owocnym trybem przyswajania) i już obmyślam zajęcia rysowania ze słuchu (tak, rysowania), pisania listów i tym podobnych, na warunkach twórczej wolności. Oczywiście nad tą wizją zalegają czarne chmury działalności mojej jakże gospodarczej; nie wiem, jak jeszcze odroczyć bankructwo, skoro planuję pełnoetatowy home schooling. Miałam bowiem szukać nowych klientów w biznesie. Chociaż przecież bywa i teraz, że gdy Skakanka chora w drugim pokoju, odbywam lekcje w home office.

Ale Czytelnik z pewnością zapewne zauważył, że na razie, według ostatnich doniesień, mamy anginę i wysypkę, więc może to nie mononukleoza i wszystko wróci do zwyczajności szybciej, niż myślę.

czwartek, 11 listopada 2010

i gdzie ten nastrój odświętny

Przedwczoraj podałam zły numer telefonu na zaproszeniach na urodziny Skakanki dla dzieci ze szkoły. Ponoć pan ukryty za pomylonym numerem telefonu, który odbierał zgłoszenia, z czasem od razu wyczuwał, w jakiej sprawie dzwonią i cierpliwie tłumaczył. Wczoraj więc, gdy Skakanka już z gorączką, leciałam na trzecie piętro, do klasy, podać nowe dane teleadresowe dla nieznanych rodziców bardzo mało jeszcze znanych mi dzieci. Dziś, gdy już wiadomo, że angina (z gratisem w postaci wysypki wszędzie po antybiotyku zapodanym dopiero co), zastanawiam się, czy dałoby się od pana, co  z powodu mojej pomyłki został animatorem imprezy, jakoś zebrać numery tych, których obecność na imprezie teraz muszę odwołać. Urodzin bowiem chwilowo nie będzie.

Poza tym wszystko świetnie, po pięciu godzinach walki z materią odrobiłam jednostronicowe zadanie domowe ze wstępu do prawa. I czuję się niemal jak tłumacz przysięgły.

Wolałabym powieść i herbatę z imbirem. Nadal jestem nieprzystosowana do kapitalizmu, dorosłości i takich tam. Ciekawe, czy zdążę się przystosować, zanim się zestarzeję.

środa, 10 listopada 2010

ave kopacz, morituri te salutant

Udało się. Ale najpierw była noc cudów. Gdy z reisefieber idę w końcu spać o dwunastej, boski Andy wstaje w poszukiwaniu chusteczki, gdyż bakcyl, opuściwszy mnie, musiał najwidoczniej znaleźć nowego chlebodawcę. Po godzinie szurania i próbach pozbycia się kataru od ręki, daje za wygraną. Wtedy wstaje Skakanka, pali ją w gardle, więc lekarstwo, herbata; katar boskiego Andy'ego nasila się znowu. Nie wiem, czy jest już druga, gdy zapadam w sen. Wtedy budzę się o trzeciej, przekonana, że już piąta. Gdy w końcu dzwoni na niebiesko budzik, osiągam ten stan, który Platon opisał jako utracony nieodwołalnie: pamięć duszy o tym, co się z nią działo, zanim przyszła na świat. Nie objawia się tej nocy u mnie niebiańską euforią, lecz swoistym poczuciem "przed-tożsamości" - muszę sobie bowiem przypomnieć, jak się nazywam i co robię w tym pokoju. Po chwili, gdy już wiem, wołam dzień dobry! do Grzybka. Syn odzyskuje trzeźwość myślenia dopiero na widok Krecika, a ja obkładam się zadaniami domowymi uczennic oczekiwanych tego ranka.

Niemniej jednak w gabinecie EEG syn mój zasypia, po kwadransie udawania chrapania i groźnych komendach pani doktór. Nie posiadam się z radości na myśl o pełnym zapisie fal i mimochodem pytam, kiedy wynik. Wynik u lekarza w sylwestra, koło południa, w czasie ostatniej dostępnej wizyty tego roku. Na rok przyszły jeszcze nie ma rozpiski, głosem bez modulacji (lata ćwiczeń, tak myślę) odpowiada mi recepcjonistka. A pani doktór od EEG, choć już coś wie, nic nie powie. Też jako dziecko w to grałam.

wtorek, 9 listopada 2010

chaos stylu nieprzypadkowy

I nawet pestki z bułki z dynią zjadam nerwowo.
Jutro Grzybek musi wstać najpóźniej o piątej rano, żeby zasnąć w południe na kolejne EEG. Chyba to, czy zaśnie, zajmuje mnie bardziej niż to, co znowu zobaczą w jego głowie w czasie badan kontrolnych.
Nasza pedagog specjalna pod nawałem innych obowiązków zrezygnowała i też trzeba kogoś w tę dziurę znaleźć. Choć czasem marzę o tym, by nastał dzień, że nie będziemy mieli z Grzybkiem ciągłych dydaktycznych zadań i obowiązków.

Z pełnym zrozumieniem staram się przyjmować troskę innych o to, czy dzieci wygrają w turnieju szachowym. Jestem wdzięczna synowi za to, że wyrzucił nas z torów rywalizacji zanim zdążyliśmy w nie wpaść. I wbrew wszelkiej logice oraz planom budżetu - oglądam pianina.

sobota, 6 listopada 2010

soul cake

Chociaż z drugiej strony zupełnie normalne życie codziennie - gdy akurat znajdujemy się w przedziwnym zagięciu czasoprzestrzeni pomiędzy halnym i opadami, a dzieci (oboje!) zdrowe - ma swój nieodparty urok i potencjał wręcz literacki. Bo cóż zrobić z takim momentem, gdy z piekarnika wychodzi zapach babeczek z konfiturą i przechadza się po całym domu, Sting gawędzi w wersji listopadowo-grudniowej (If on a winter's night) i nikt nie kaszle - może jedynie poza mną? Zapisać, że taki moment był. Zanotować ze skrupulatnością księgowego, ba, nawet i biegłego rewidenta. Nie wiadomo bowiem, kiedy znowu się powtórzy. A gdy zacznę myśleć w stylistyce księgi lamentacji,  przypomnieć sobie, że był, czarno na białym.

Odtyka mnie, przypisuję zasługę herbacie z korzeniem imbiru, nabytym w obskurnym warzywniaku, i soli morskiej. Odtyka mnie ku małoformatowej działalności, ku codziennej gawędzie. Z tabletką na odporność przełykam brak sukcesów w dziedzinie powieściopisania i zaraz wcisnę enter pod "publikuj posta".W końcu zdarza się, że ludzie latami żyją z odpryskiem czy odłamkiem, który nie prowadzi do żadnej niewydolności wielonarządowej. I co z tego, że czasem zakłuje na zmianę pogody ducha.

czwartek, 4 listopada 2010

zatkana

Zatkało mnie z kilku powodów.

1. Przeczytawszy powieść Nicole Krauss, małe arcydzieło myśli, języka i fabularnej konstrukcji, uznałam, że pisząc tutaj, urągam pisarstwu, zasilając szeregi złotoustych bloggerów, produkujących seriale tudzież mydlane opery, gdyż niczego innego nie potrafią wykrzesać. Dlatego piszę w podpunktach, by nie udawać, że to "pisanie" w ogóle.

2. Wygrzebawszy trupa z szafy, znaczy swoje powieściowe zapiski z szuflady, uznałam ponownie, że nigdy nie powiem o sobie jak Mrs Krauss w wywiadzie z Mantui, "I, as a writer, ... " - i pora się z tym pogodzić.

3. Jest mi się trudno pogodzić z 3.

4. Autorka wieczornego w geście protestu przeciw "udawaniu pisania na serio" zamknęła wszystkie swoje blogi; przypomniał mi się gest samospalenia na Stadionie Dziesięciolecia w 1968.

5. Mam zapalenie zatok i zatkana jestem ogólnie.

poniedziałek, 1 listopada 2010

sprawy spadkowe

Bo ze śmierci należy uczynić zjawisko estetyczne, znośne, a nawet przyjemne dla oka. Tak myślę, że to dlatego płyt nagrobnych nie widać spod donic i zniczy (w tym roku modne szkło mrożone i fiolet, gdzieś podano; rozmiarowo weszliśmy już w erę XXL). Taka polska skłonność do stylu biesiadnego, wystawności, prezentowania się i kiczu.


Więc łatwiej rozważać pryncypia koloru i dizajnu, niż zaszyć się w sobie. I tam, tam przysiąść obok smutku i go przeboleć, zaakceptować żywoty pozbawione happy endów, przodków, co odeszli zbyt szybko, bym mogła ich o cokolwiek zapytać, prababcie i praciocie, których mężowie mają mogiły nie wiadomo gdzie, bo przesiedlenia i przeprowadzki zaburzyły jedność miejsca i czasu pochówku. Z niektórymi porozmawiać, zrozumieć, usprawiedliwić. Przebaczyć także sobie cały czas zmarnowany, co przeleciał przez palce jak piasek przez szyję klepsydry, a przecież nie wiadomo, ile tam worków jeszcze zostało do końca. Wyrazić po raz wtóry i nie ostatni nadzieję, że z reszty życia uda się stworzyć pogodny patchwork, którym się kiedyś dzieci, a może i wnuki okryją.

niedziela, 31 października 2010

reading room

Jestem na emigracji wewnętrznej, przepadłam kompletnie, jak dawno w żadnej książce. Autorka zaledwie o rok starsza ode mnie, geniusz literacki na miarę J.M. Coetzee. Nie wiem, jak się pisze tak dojrzałe historie o mijaniu, o stracie, o tym, co w życiu nie do odrobienia. Zresztą - zawsze byłam kiepska, jeśli chodzi o te kwestie.

sobota, 30 października 2010

imieniny

Zastanawiam się, jak obchodzi się imieniny w kraju, gdzie nie ma w zwyczaju świętować, że nazwanym zostało się akurat tak. Więcej, gdy to imię słowiańskie i najpierw trzeba było wszystkich nauczyć odpowiedniej jego wymowy. Zawsze można nauczyć Wyspiarzy czegoś nowego o świecie, by w swej izolacji nie tkwili w błędzie, że birthday to jedyny powód do fety.

Więc dziś Brat Bliźniak obchodzi Nameday, ciekawa jestem, czy jakieś przyjęcie czy choćby kino, i za kanał posyłam najlepsze i słoneczne jak za oknem życzenia. I proszę zauważyć, że dotrą z godzinnym wyprzedzeniem, zanim zdążyłam to tu napisać.

happy days*

No tak, słońca tyle, że można by łyżką jeść. Jestem przekonana o tym, że wszyscy normalni ludzie rozlokowali się po parkach, górach, malowniczych dolinach (raczej górach, bo tam do słońca bliżej), względnie cmentarzach, choć doprawdy nie wiem, czy w te dni powinniśmy pozbawiać się ochoczo widoków, skoro nie wiadomo, ile razy jeszcze się zdarzą. Obliczyłyśmy ze Skakanką, że ona okrążyła słońce siedem razy, a ja już trzydzieści pięć - dużo czy mało? I ziemia w tym czasie wystawiała się na wiosnę, lato, jesień i zimę, a my, ignorując kosomologiczne znaczenie tego faktu, kupowałyśmy buty, szaliki, czapki i kolorowe sukienki.

Od wczoraj boski Andy na wsi, gdzie naprawił auto u miejscowego mechanika (złoty trzydzieści, tam nigdy nie dotarła inflacja, choć wymiana pieniędzy - tak). Obecnie zgrabia w słońcu liście, może drobne naprawy przed zimą jeszcze wykonuje. Grzybek zaś w nocy dostał gorączki, widać weekend to ulubiony czas na chorowanie. W nocy zapalam gaz pod czajnikiem, by zrobić mu herbaty, i zasypiam. Gdy się budzę po godzinie, czajnik wygląda jak rozżarzona żarówka; na szczęście nie zapaliła się jeszcze drewniana rączka i nie spełniła się moja największa fobia o pożarze boazerii w przedpokoju i konieczności ewakuowania dzieci przez balkon trzeciego piętra. Postanawiam w duchu nadal podtrzymywać dobre relacje ze swoim Aniołem Stróżem, który jest naprawdę niezastąpiony.

I gdy wszyscy normalni zdobywają świat, gotuję najzwyczajnej w świecie rosół i wstawiam pranie.

* tytuł sztuki Samulea Becketta, w której główna bohaterka, Winnie, siedzi po pas przysypana ziemią - od zawsze, kiedy pamięta - i tak poddaje się rytuałom codzienności. Wiem, bo dostałam kiedyś w prezencie, nie byłam jednak w stanie wyjść poza opis na okładce i pierwsza stronę. Wina Becketta albo moja.

czwartek, 28 października 2010

głos rozsądku

To skandal, że wszystkie te kolory miną zaraz tak niepostrzeżenie. Pozbawiona auta przechadzam się wśród tych dekoracji, których nie skomponowałby żaden urząd miasta, nawet z pomocą ministra kultury i dotacji unijnych. A przecież żeby liście były tak żółte, jak wycięte z papieru kolorowego, nie mieści się w głowie. Podobnie jak to, że trzeba bezsilnie patrzeć, jak one jeden po drugim spadają na marne w ręce dozorców.

Pod szkołą pan z wąsem na przykład te liście regularnie odkurza, jak śmieci, z najwyższą skrupulatnością. A ja wnoszę mniejszościowo, by liści w ogóle nie sprzątać. Niech sobie spokojnie spadają, niech szuramy w nich butami, niech nawet pachną lekką zgnilizną. A jak na drzewach już nic nie zostanie, ogłosi się dzień żałoby narodowej, wolny od pracy, i razem wszyscy spakują je w czarne worki i wywiozą. Potem spadać będzie już tylko śnieg.

grand prix

Mam już internet, choć formalności umowy pozostają niedopięte i pewnie dopiero next week. Nie mam za to samochodu.

Samochód umieściłam na słupie, lub raczej nieokazałej pozostałości po trzepaku, pod ośrodkiem rehabilitacyjnym. Bo o istnieniu tego miejsca pobytu dziennego i rehabilitacji z doskoku wie mało kto, gdyż wybudowano go w podwórzu, między kamienicami. Trzeba wjechać w bramę obok starego sklepu z kablami i tam gdzieś znaleźć. I słup dobrze koresponduje z tym ogólnym zdezelowaniem otoczenia.


Wolałabym raczej nie mieć internetu niż auta, ale moje zdanie nie ma tu głosu decydującego, wiem. Zastanawiam się, czemu październik tak bardzo daje się we znaki brakami i żadnych wniosków explicite nie mam. Jasne, że każdy brak uświadamia mi, że do tej pory było w sumie wszystko w najlepszym porządku, dopóki porządek się nie rozsypał wraz ze spoilerem. Ale poza tym chyba nadal mi żal, że konstelacje potrzeb rodzinnych pozbawiły mnie życia zawodowego w wersji mierzalnej przelewami na koncie, nie tylko wyznaczanego zbieraniem z doskoku na zus. Z autem na słupie coraz więcej widzę w sobie nieudacznika, ale to przecież nie jest temat na dobrą prozę.

środa, 27 października 2010

sekretne życie angielskiej guwernantki

Mam słabość do majonezu. Podobnie jak do żółtego sera. Ale dziś majonez i szynka. To one towarzysząmi w ciągu tych pięciu minut dla siebie, gdynagradzam się sowicie ulubionym smakiem i kaloriami po powrocie z Grzybkiem z badania laryngologicznego. Widok maszynerii w tych gabinetach zawsze przyprawia mnie o słabość, także i dziś, gdy mam trzymać dziecku głowę, a przez nos Grzybka aż do gardła przechodzi  endoskop.

Pan z salonu telefonii dzwoni powiedzieć, że sprawą mojej nowej umowy zajmie się koordynator na szczeblu kraju, i zastanawiam się, czy mają jakieś prognozy o (nie)rentowności mojego small biznesu, skoro o te siedem złoty różnicy w abonamencie tyle ceregieli. Dzięki czemu Internet będę mieć chyba znowu na Boże Narodzenie, a przecież chciałabym sobie już kupić na alledrogo turkusowe rajstopy. Bo przecież odzieżowo zmierzam nieuchronnie w stronę stylistyki baroku. Inna, obok majonezu, forma rekompensaty.

wtorek, 26 października 2010

z jaskini platona

Według standardów współczesności spełniam już wszelkie kryteria zacofania. Telewizor odbiera program 1, w którym wczoraj oglądam niezwykle kiepską sztukę (choć z niezwykle wyrazistą Żółkiewską) i ten ostatni argument - że w poniedziałki spektakl potencjalnie - upada. Jeśli nie dam się przebić w licytacji, mającej się odbyć niebawem w audytorium (nie powiem gdzie, bo liczę, że zostanę jedynym kupującym), wkrótce pianino wypchnie telewizor na balkon.

Internet nadal nie działa i czuję się jak bez ręki; niestety pan w salonie telefonii komórkowej ma bardzo powolne łącze i nie zdąża w czasie wygospodarowanym pomiędzy przywożeniem i odwożeniem podpisać ze mną odnowionej umowy. Niech pan się nie martwi, mówię, na pewno ma pan szybszy Inetrnet ode mnie w tej chwili i pan rzeczywiście uśmiecha się pocieszony.

Jako wzrokowiec jakoś przyjmuję obecność radia; jakby nie patrzeć, ktoś do mnie mówi w jednoosobowej mojej firmie. Przed chwilą klub trójki (pozdrawiam jego wierną słuchaczkę Yolę pod Paryżem) jeszcze brzmial echem dyskusji wokół Konkursu i z boskim Andy'm słuchamy, czy się panowie nie zaczną nutami okładać po głowach. Jakaś zadra po werdykcie niezaprzeczalnie została, no cóż, ale przecież nam, Polakom, nigdy dość (niesprawiedliwego) cierpienia.

poniedziałek, 25 października 2010

obdarowana

Obdarowana przez korporację męża kubkami, brelokami, adapterami USB(ciągle czekam na minihelikopter z funkcją odkurzania, odświeżaniapowietrza i publikowania w sieci), jeszcze nie mogę uwierzyć w wypadki ostatniego weekendu. Skakanka przeleżała cały wyjazd boskiego plackiem,z doprowadzaniem do toalety oraz finalnym chyba-zatruciem lekami przeciwgorączkowymi, bo skąd niedzielne efekty zwrotne do miski? I
drodzy Państwo, wraz z przybyciem boskiego z delegacji dziecko z łoża powstało i symptomy minęły, jak ręką odjął. Powrót do formy objawił się zjedzeniem kinderjajka oraz organizacją wieczornego teatrzyku kukiełek na szaszłykach, w pełnych dekoracjach.

Jednym słowem, taki boski Andy jasno świecący nad nami naprawdę jest na wagę złota. Chyba że to zabiegi w spa obdarzyły go jakąś nadziemską aurą i wkrótce nam ona zgaśnie. Znad sprezentowanego termokubka i kupki słownictwa o prawie karnym - pozdrawiam.

niedziela, 24 października 2010

ograniczona

Podejrzewam, że to Koncert Laureatów on-line sprawił to gigantyczne przeciążenie i jakby nie patrzeć, co za szczęście, że sieć padła trzy dni po. Albo raczej nałożono na nią ogranicznik. Zastanawiam się, czy jutro zadzwoni pan z zarządzania przepływem gigabajtów i zaproponuje mi rewelacyjny abonament na nowych warunkach - ale po konkursie będę bardziej odporna na sugestie. Póki co, ograniczona brakiem dostępu do ulubionych i narzędzi pracy on-line, wyruszam do reszty na bezludną wyspę, poprawić czytelnictwo, znaleźć radość z szydełkowania czy tam innych robótek ręcznych. Może skończę jak któryś niefortunny bohater Lost, zdziczały i zarośnięty do reszty. A może to ograniczenie z jednej strony zaowocuje jakimś rozkwitem z innej - przewiduję, sięgając do wiadomości z zakresu podstaw ascetyki.

Pozdrawiając wszystkich, których miłe towarzystwo z bezludnej wyspy mnie okresowo wyrywa, donoszę, że mimo chęci sprostania wymogom kultury osobistej, nie będę w stanie odpowiadać na komentarze, choć mogę je nadal czytać. I wybaczcie, jeśli wpis się rozleci, gdyż wypróbowuję eksperymentalną drogę publikowania przez e-mail. Dobrego tygodnia wszystkim.

sobota, 23 października 2010

o captain, my captain

Czekam aż się zaparzy Twinings Lady Grey. Słucham Nokturnu Des-dur z kronik konkursowych, ale już zupełnie nie obchodzi mnie, kto gra. Zastanawiam się, czy to patent na sobotni wieczór, czy eskapizm, ale przecież na ziemi zabalastowana jestem mocno, nigdzie od ziemi się nie oderwę. Powinnam teraz wyjąć plik wyroków i rozporządzeń do przestudiowania i przetłumaczenia w ramach zadania domowego, który wpadłszy na moment na zajęcia, powieliłam od współstudentki w piwnicznym bufecie. Pozbawiono nas do szczętu iluzji, że płatne studia przypominają w czymś relacje klient-usługodawca; cóż, wpadliśmy jak śliwka w kompot.

Ale teraz słucham, zanim Skakanka się obudzi z temperaturą, i wyobrażam sobie, że uczę literatury jak John Keating ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów.

piątek, 22 października 2010

o szkodliwości porównywania się

Nie wierzę w prawo Murphye'go. A jednak. Gdy boski Andy degustuje wino na zamku w Kliczkowie, którego widok rozpostarł się przed szybami busa, gdy menedżerom z twarzy ściągnięto podróżne worki  (tak sobie wyobrażam w praktyce ów nimb tajemnicy), Skakanka poza biegunką i odwodnieniem dostaje jeszcze gorączki trzydzieści i dziewięć. I oglądam w internecie, który mnie ostatnio żywi i ubiera, te komnaty, apartamenty i piernaty, i wierzcie, trochę tego blichtru także chętnie bym skosztowała. W międzyczasie wykonuję telefony do lekarza oraz rodziny dalszej i bliższej, i wygląda na to, że jutro z mych skromnych godzin studenckich nici.

Georgiana na wszelkie drobne frustracje miała taki napis nad przewijakiem: Inne mają gorzej. Choć przypominam sobie, że było tam też dopisane ołówkiem: a inne lepiej.

za to buty przyszły

Za godzinę boski Andy wyruszy w nieznanym kierunku integrować się z kadrą menedżerską korporacji. Miejsce wyjazdu jest objęte ścisłą tajemnicą, aczkolwiek powinno dać do myślenia, że w ankiecie przedwyjazdowej pytano, czy potencjalny uczestnik boi się pająków i wysokości, oraz czy lubi być masowany. Lista rzeczy do spakowania przeczy idei survivalu, gdyż przydać się mogą klapki na basen oraz rakieta tenisowa, której skądinąd nie mamy, więc boski Andy bierze ze sobą paletki do pingponga - sportu spopularyzowanego w czasach przyjaźni polsko-chińskiej.

Gdy boski Andy próbuję nogą wcisnąć do torby ładowarkę na telefon, przychodzę mu z pomocą i układam rzeczy w torbie tak, jak na perfekcyjnego melancholika przystało. Oczywiście naturalne moje odruchy mają wektory przeciwne; kiedyś El Macho DJ, kolega, nakreślił zgrabny scenariusz filmu Altmana z moim udziałem, jak to wtargnąwszy do tej korporacyjnej hali z mróweczkami w postaci pracowników, przy pomocy parasolki z gracją niszczę poszczególne stanowiska. Choć dziś myślę, że zamiast białej parasolki z falbankami, potrzebny byłby raczej łom.

Więcej i tak nie przeczytacie, według danych statystycznych nt.skupienia uwagi u homo internetus, więc tu stawiam kropkę.

czwartek, 21 października 2010

już wy-p(r)asowana

Niebieskie pulsujące światło w całym pokoju budzi mnie w pośród egipskich ciemności października (przepraszam Czytelników za barokową frazę). Nie, wbrew wczoraj sygnalizowanym symptomom choroby, na jaką cierpiał Robinson Cruzoe póki nie spotkał Piętaszka, to nie halucynacje. Ani nie były to objawienie, choć nie miałabym nic przeciwko Aniołom przynoszącym odpowiedzi na stały zestaw pytań. Nie ląduje także ufo, po prostu telefon budzi i świeci, a ja zastanawiam się, czy to wczoraj, czy jeszcze jutro, sobota, a może środek tygodnia. A tu czwartek i mamy zdążyć na pasowanie Skakanki, wraca mi świadomość; poza tym skończył się konkurs i to takie uczucie jakby kot perski słusznej wagi usiadł na ramieniu.

Do pierwszej słuchaliśmy dwójki, jak gdyby ogłaszano warunki zawieszenia broni podczas wojny. A tu tylko wyniki. Wdzięczna jestem Czyżewskiemu za obronę Ingolfa Wundera, zwłaszcza gdy wyraził domniemanie, że to jego ostatnia audycja w Polskim Radio, jeśli powie, co o tym wszystkim myśli. A ja? Bądźmy szczerzy, jestem w stanie ocenić, czy ktoś trafia w klawisz i dochowuje wierności rytmowi, ale geniusza od geniusza nie odróżnię. Jedyne co mnie bardzo zmartwiło, to że zwyciężczyni ogłoszona przy nikłym aplauzie nigdy do mojego prywatnego kanonu geniuszy muzyki nie weszła. Ale to dyskusja o własnych sympatiach i światach podskórnych, więc po co pisać.

Poza tym? Poszłabym na jakiś koncert. Ania światowej sławy moja koleżanka pianistka mi pisze, że będzie grać 19 listopada w filharmonii i staram się wyglądać ku przyszłości. Poza tym zbieram na nokturny w wykonaniu Yundi Li (Marię Joao Perez dostałam od Wiśni, za co publicznie składam dzięki, podobnie jak korespondentom piszącym ku pokrzepieniu serc).

środa, 20 października 2010

plugged

Nie wiem, na ile rozwijająca się choroba - nie umysłowa, mam nadzieję, lecz jedynie przeziębienie - jest wyrazem buntu wobec życia chałupniczego, podłączonego do sieci. W sieci kupuję dziecku kozaki, w sieci szukam pianina, w sieci prowadzę życie kulturalne - obejrzałam wczoraj wraz ze Skakanką występ finałowy prywatnego mego faworyta Ingolfa Wundera (nie pamiętam już tak radosnego rondo vivace) - w sieci reguluję rachunki, opłacam balety, piruety i baseny, a także kupuję mleko, co je przywożą potem piotr z pawłem pode drzwi.

Do sieci nie trzeba wyglądać glamour, wystarczy sweter w paski, a chałupniczo przyjmując uczniów można w roli opiekunki do dziecka na godzinę zatrudnić dvd. Zawsze być na straży a wypadek gryp, katarów i lekcji skróconych bądź ruchomych eventów, bo tak się szkole zawidziało. Dać się jutro pasować na ucznia, odprowadzić do dentysty, zajechać po ziemniaki.

To teraz zagadka: dlaczego mój organizm nie docenia komfortu sytuacji i ja choruję?

poniedziałek, 18 października 2010

finał

Grzybek twierdzi, że nic mu nie jest, nawet wtedy, gdy przewraca się na stołku do mierzenia butów, a oczy robią się czerwone, dłonie lodowate. Angina czy grypa, myślę gorączkowo, i mam nadzieję, że nic więcej, a potem truchtem przez pasaż handlowy, Skakanka i ja z Grzybkiem na rękach. I w końcu nie mamy żadnego obuwia zimowego, uznano widocznie, że jest niż demograficzny i takiego wała - jeszcze się złoszczę, gdy lodowate ręce Grzybka czuję na mojej szyi. I dalej truchtam w stronę parkingu, mijana przez ludzi ubranych tak, jak w dawnych czasach do opery.To przecież nic, pocieszam się, w czasie wojny matki brały dzieci pod pachę i szły, do wagonów bydlęcych, na piechotę, w deszczu, w śniegu, jak bądź, i nikt się nie pytał, czy akurat zdrowe, więc żyję przecież w komfortowych czasach.

Grzybek okryty warstwami, jak zdawkowo prosił, zasypia. Odwołuję terapie, badanie słuchu, oraz EEG głowy, ciesząc się, że przyjemność nakładania czepka z wiadrem żelu ominie nas tym razem i zajmiemy miejsce w kolejce za miesiąc. W Warszawie grają finaliści, koncert e-moll jeden za drugim, który znam na pamięć co do taktu i dźwięku. Pamiętam jak z Bratem Bliźniakiem pewnego Bożego Narodzenia w nocy piliśmy kakao, słuchając koncertu ze sprezentowanej płyty.
Emocje konkursowe opadły. Amerykanin Andrew Tyson nie wszedł do finału, bo przed ostatnim etapem, naczytawszy się na swój temat opinii motłochu na facebooku, przeżył wstrząs nerwowy i wystąpił słabo. Cóż, jeśli polskie gazety pisały o utytułowanym za oceanem pianiście "Jaś Fasola", to nie ma o czym mówić w kwestii kultury krytyki muzycznej. Kurtyna.

piątek, 15 października 2010

liść leci

W aucie wożę liście. Na podłodze, na siedzeniu, tyle kolorów, odwracają wzrok od ogólnego bałaganu. Myślę, by znieść ich do środka więcej, przecież zaraz znowu po jesieni nie będzie ani śladu. Pakując skromne zakupy - prezent dla teściowej i mydło, co je dzieci wylały w całości do wanny dwa dni temu - dochodzę do wniosku, że rzeczy prawdziwie  pięknych nie da się napakować do kieszeni, zagarnąć do siebie na stosik. Nawet te samochodowe liście niebawem stracą kolor, a tych na drzewach nie zatrzyma żaden klej magik. Może dlatego rzeczy w ogóle mają wartość, że czas leci.

Rozkłada mnie bakcyl. Konkurs schodzi do hadesu. Sonaty b-moll, Marche funèbre jeden za drugim, ale posłuchajcie tych części, co je poprzedzają, scherza zwłaszcza, molto vivace! Ze Skakanką leżymy w łóżku do jedenastej, wypróbowujemy nowe słuchawki. Ona jedną i ja jedną. I mimo muzyki w barwach coraz ciemniejszych, śmiejemy się przecież w tym naszym stereo i w kolorze. Skakanka odkrywa nawet, że słuchawki mają taki guzik, co zmienia programy. Potem ze starych dekoracji ślubnych szyję spódniczkę na balet, korzystając z wzoru na obwód koła - z nielicznych zapamiętanych ze szkoły. Taki nasz dzień w stylu classic.

czwartek, 14 października 2010

surreal

I psuje się wszystko. Słuchawki nowe przyniósł listonosz, miło z pana strony i dziękuję, krzyczę już od domofonu, za to radio w telefonie szumi na potęgę i trzeszczy. Odpada antena od radia w salonie wielkości klubu trzeciej ligi. To nasze radio salonowe, marki unitra, podłączone jest do ogromnych głośników, które trzask wydają z siebie równie imponujący jak kondycja uczestników konkursu. Pozostaje bumbox na lodówce w kuchni, moim obozie codziennej pracy przymusowej, i myślę sobie, jak zwykle u mnie wszystko takie przaśne i mierne, z pragnieniami rozmija się jak mucha z klapaczką.

Psuje się i żiri, puszczając do następnego etapu Tysona (nie mylić z Mike'iem), w czym podejrzewam maczała palce Martha Argerich. I w sumie dobrze, zaczynam podejrzewać jurorów naprawdę o poczucie humoru i już wyczekuję kolejnej odsłony "Amerykanina w Warszawie". Polacy bowiem lubią konserwy i gdyby się dało, Chopin zostałby zakonserwowany raz na zawsze jako produkt lokalny, jeden z nielicznych, który Polakom wyszedł i do nich dozgonnie należy. Tyson w wywiadzie mówi, że jest zaskoczony decyzją sędziów i jego uśmiech daje do myślenia. W międzyczasie Claire Huagncy w białej sukni do ziemi gra marsz żałobny* i wierzcie mi, to robi zupełnie surrealne wrażenie.

*fragment Sonaty b-moll

środa, 13 października 2010

wielki polonez es-dur

Skakanka kaszle na trzy oktawy, fortissimo i staccato, czyli jakby od krtani. Choć przecież jest i katar. Stan zdrowia dzieci, gdy się pogarsza, tradycyjnie wpędza mnie w stan wewnętrznego chaosu i dziś prowadzone lekcje z trudem skupiają sto procent mojej uwagi. W prezencie córka przynosi mi do home office portret mamy w czasie pracy i to są plusy chałupnictwa.

Na pociechę - występ Amerykanina niemal na koniec drugiego etapu. Andrew Tyson, ponoć z ręką w kieszeni, i zawadiackim uśmiechem wprawia krytyków w osłupienie. A ja myślę, że może to taka mała lekcja poczucia humoru, bo jak można mówić, że Chopin czegoś by sobie życzył lub nie, zmartwychwstał bądź przewraca się w grobie - przecież nikt wiedzieć tego na pewno nie może i Chopin do nikogo na komórkę, nawet podczas takiego konkursu, nie dzwoni. I mimo wszystko uśmiecham się na myśl, jak boski Andrew Tyson dodawał oktawy i frazy. Zagrał utwór "American in Warsaw", stwierdza ktoś na facebooku, a ja idę nasłuchiwać kaszlu z pokoju Skakanki. Takiego jak Grande Polonaise.

poniedziałek, 11 października 2010

i coraz zimniejsze mamy wieczory

Gdy wszystko przestaje działać i nie mogę nabyć na alledrogo słuchawek stereo w zastępstwie za mono, dzwoni do mnie uprzejmie pan od internetu w sprawie nowych widoków na umowę, najchętniej na lat dwadzieścia z góry. Pan informuje mnie także, iż słuchając przesłuchań live, zużyłam cały internet na październik.

Zaglądam pod biurko i między zadania domowe uczennic, i rzeczywiście, inernet w zapasie nigdzie nie leży. Potem gorączkowo obliczam, że będzie mi jeszcze dużo potrzebne, bo gdzieś do dwudziestego piątego i zapytuję, w połowie panu przerywając przedstawianie listy korzystnych ofert, z której nic nie rozumiem: A mógłby mi pan trochę tego internetu sprzedać w tym miesiącu, jak cukru, żeby mi starczyło na trzeci etap i finał? I pan najpierw nic nie mówi i słyszę, że kręci głową, a potem odpowiada: tak. I za dwie dychy mi waży, a ja się rozgrzeszam, przecież bilet w Warszawie kosztuje tyle, co używane pianino, jakie chciałabym kupić, gdy już wygram w totolotka. Znaczy trzy i pół tysiąca złotych. Z nieba mi pan spadł, mówię na koniec i tak się do usłyszenia żegnamy.

niedziela, 10 października 2010

okruszyna zamieciona pod fortepian

Gdy na polu osobistym i zawodowym brak sukcesów, na temat których można by złożyć nieskromne jakieś sprawozdanie, w sukurs nadal przychodzi muzyka. Nie wiem, nie wiem jak żiri wybierze finalistę, bo zdaje się, że już w drugim etapie jest trzydziestu najlepszych pianistów. Więc przy całej swojej życiowej niezaradności, przepadam w balladach i polonezach, a trochę, choć mniej, w mazurkach. Niektórzy jeszcze dodają preludia, co niezwykle cenię, i podziwiam godzinne recitale. Dziwię się nawet, że po tych występach nie zabierają artystów sanitariusze na noszach i przypominam sobie pewnego uczestnika z Wielkiej Brytanii, w roku 1990, jak zemdlał podczas występu. Nigdy nie poznałam ciągu dalszego tej historii i mam nadzieję, że nie uczy dzisiaj muzyki w szkole podstawowej.

Mam nadzieję, że stary telefon i jedna słuchawka mono dotrwają do końca konkursu. Używając chusty Wielickiego w celach maskowania udało mi się wysłuchać nawet wczorajszych przesłuchań w czasie zajęć w studium dla tłumaczy. Moja muzyka, mój schron przeciwpancerny, nie umiem powiedzieć, jak udało się ją wynaleźć i mam nadzieję w Niebie na miejsce na na pewno nie w pierwszej strefie, choćby i w ostatniej, ale w tej sali koncertowej, gdzie grają Szopena. I może jeszcze blisko wejścia do suity no. 1 na wiolonczelę Bacha.

Dla Czytelników zwłaszcza do uprzedzonych kompozytora, a może zmęczonych wieszczeniem i pompą, którą mu naród polski zgotował, w prezencie anadante spianato. A o Marcie, co je gra, innym razem.

czwartek, 7 października 2010

parę osób, mały czas

Taki kameralny dzień. W rześkie rano spaceruję ze Skakanką do dentysty i nie wiem, czy przyklejanie plomb z plasteliny zabawkom jest przyczyną sukcesu: Skakanka daje sobie zrobić wszystko co trzeba - bezszelestnie. Rozmyślam nad dorastaniem i dlaczego tak szybko, może wolałabym wzywanie na pomoc, niż tą ciszę jak makiem zasiał. Może. A potem w słońcu maszerujemy do szkoły, pod sam napis: prosimy rodziców o pozostanie na wycieraczce. Z ciężkim tornistrem idzie sama, mamo, wszystko wiem.

Grzybek zaś się przeziębia w stosownym momencie i muzyki jest dzisiaj pod dostatkiem. Nie spieszę w żadnym kierunku, spacer w przerwie też taki niezobowiązujący i donikąd, ważne to ciepło ręki zaciśniętej na mojej, i te podskoki raz po raz. Terapeutka wymyśla kolorową autostradę na ćwiczenie leniwych ósemek, których Grzybek ani myślał wcześniej powtarzać, i to takie światełko w tunelu, jak dzisiejsze słońce.

Mam oczekiwania niewielkie na resztę dnia: usnąć, jak wczoraj i jak dwadzieścia lat temu, z muzyką na uszach. Wtedy grał Paleczny z taśmy magnetofonowej, teraz słuchawka już tylko mono z radia w telefonie. Może jeszcze raz zagrają najlepsze wykonania z dzisiaj, może już ogłoszą koniec pierwszego etapu. Święta jednakże trwają, ciągle jeszcze ktoś gra.

środa, 6 października 2010

nie zabierze mi nikt

Wielu już ma swoich faworytów, tego i owego okrzyknięto odkryciem; ja raczej na ogół - rozczarowanie. Nie da się. Pewnie wydawało się to postronnym obserwatorom oczywiste już na początku, gdy snułam plany. Nie da się wrócić tam, gdzie się było lat temu pięć albo i dwadzieścia, z uchem przy odbiorniku, mimo że scherza i nokturny te same i w upodobaniach nie zmienia się nic. Nie da się spełniać wszystkich ról i siedzieć w audytorium z widokiem na fortepian Steinway & Sons i czuć się tak, jak gdyby święta rozciągnął ktoś na cały miesiąc. Nie da się zawiesić przeziębień, wycieczek przedszkolnych, które się pilotuje, kotletów schabowych i dentystów - dla muzyki.

Dla czego? Dla muzyki? Tej, co ani jej dotknąć, ani do kieszeni schować, ani w rulon zwinąć i wcisnąć pod siennik? Z drugiej strony, przestaje mnie powoli dziwić fakt, że zależąc od wypadkowych tylu dyskursów, interesów i uwarunkowań, wolność znajduję w scherzach, nokturnach i balladach. Tam, nie wychodząc ze swoich ról, mam cały świat, w poprzek i wzdłuż. Mam wszystko i nawet jak ogłuchnę, jeszcze będę słyszeć.

wtorek, 5 października 2010

no sense of direction

Na dwieście metrów przed gabinetem rehabilitacji sensorycznej Grzybka stwierdzam, że to musiała być jednak dzielnica obok.
Nie pytajcie dlaczego, nie umiem sobie tego do tej chwili wyjaśnić, przecież jechałam na pamięć. I może dlatego, może ten spokój jazdy na pamięć mnie zaniepokoił. I z Sępolna, z mapą na przedniej szybie, pędzę na Biskupin. I dopiero tam odkrywam, że druga w lewo jednak była w poprzedniej dzielnicy. Potem już pod wpływem stresu zataczam pętle i leniwe ósemki, pod ulicą Partyzantów zaś zaczynam płakać, nie wiedząc, że to ta, co trzeba. I Grzybek mówi, tata nas uratuje, jakby tata był GPSem wmontowanym fabrycznie do naszego opla.
W końcu trafiamy, ćwiczenia odbywają się, a zadanie domowe skłania mnie znów parę kroków bliżej  decyzji o rzuceniu pracy, bo czy ja sobie z tym wszystkim poradzę, that is the question. W prezencie dla Czytelnikow Grzybek z grzybkiem, zaś dla wszystkich rodziców przeżywających traumy z innej beczki, bo dentystyczne w kontekście dzieci, radosna twórczość córki TU.

poniedziałek, 4 października 2010

umysłowa absnecja

Powinnam z góry przeprosić rodzinę oraz poprosić o wyrozumiałość. W tym czasie jestem ogromnie roztargniona, rozlane na podłodze w kuchni kakao nie robi na mnie większego wrażenia i nawet do szkoły lecimy na ostatni dzwonek, gdyż odkrycie transmisji on-line powoduje, że miast ćwiczyć szlaczki i kąt zginania poszczególnych części literki a, rozbieramy na części pierwsze etiudę a-moll. Skakanka w mig rezonuje z nastrojem chwili i na kartce wyrysowuje klawiaturę do odgrywania zwłaszcza tych spektakularnych fraz w poprzek skali. Nie, żeby akurat te były moimi ulubionymi, chyba że kulminacja allegro maestoso koncertu e-moll, ale tę usłyszymy dopiero w finale konkursu. I nie wiem, czy o swoich ulubionych w ogóle napiszę, bo to jakby kawał mięśnia sercowego wyrwać i poddać wspólnej obdukcji. Dla pacjenta byłoby bolesne, dla widza - bo ja wiem, krępujące nieco?

I jakoś sobie radzę,  od transmisji on-line do radia w kuchni, od radia w aucie do telefonu, potem znowu do radia; dzięki przerwie w nadawaniu odzyskuję świadomość na tyle, by zakupić obiadowe wiktuały i pieczywo na rano. O dwudziestej piętnaście, gdy gra Polak, słuchawka od telefonu przestaje działać. Jakoś wytrzymać do środy, do podpisania nowej umowy z siecią, i do nowych słuchawek.

słucham

Przy huku oklasków wystartowały czarne limuzyny, majestatyczne steinwaye, mercedesy klasy fortepianów samobieżnych. A po huku oklasków, ta cisza, w której wyobrażam sobie, że uczestnik - który zdobędzie sławę i pieniądze, jeśli wygra, i możność życia z hobby - próbuje się skupić na tym co niematerialne i z trudem przekładane na prozę jakiegokolwiek języka. I z tej ciszy spadają pierwsze dźwięki ballady g-moll, co ją Kevin Kenner grywał ledwo dotykając stopami ziemi.

I wiedziałam, że gdy zacznę pisać o muzyce, palcami przebierając po klawiaturze, bo w żadnym innym zestawie klawiszy nie udało mi się osiągnąć względnej wirtuozerii, wyjdą właśnie patetyczne zdania wielokrotnie złożone. Zatem słucham.
Tu można słuchać z wizją, a tu - bez.

niedziela, 3 października 2010

witaj szkoło

Październik też wyjątkowo objawia się w tym roku granatową spódniczką, w której zasiadam do szkolnej ławy. Między studentkami w wieku dopiero co produkcyjnym, które "chcą zmienić coś w swoim życiu", czuję się jak eksponat muzealny i raz po raz zadaję sobie pytanie, przez które wypadam z roli ucznia, którą próbuję skrzętnie odgrywać: I co ja robię tu? Na szczęście jest nas eksponatów kilka sztuk.

Profesorzy wygrażają się od katedry, że mimo płaconych przez nas ciężkich pieniędzy za podyplomowe dokształcenie, rygory uzyskania promocji będą srogie. Chciałabym im powiedzieć, że od dziesięciu lat już zajmuję się zawodowo i potrzebuję wiedzy jako narzędzia pracy codziennej, we własnym interesie, ale nikt nie słucha; wyobrażono mnie już sobie jako produkt końcowy rocznej edukacji w niewielkim wymiarze godzin. Jak gdyby można było stworzyć tłumacza z niczego.

Więc przeżywam Mrożkowy "strach przed brakiem strachu", bo przecież nie wypada się tych wszystkich gróźb nie bać, a bać się do końca już nie potrafię. Za późno. Gdy się bało czterdziestu stopni dziecka, jak je trzeba było wkładać do wanny z zimną wodą, pojęcie strachu potem obejmuje inny zestaw zagadnień. Największym więc kłopotem rozpoczętych studiów pozostaje kolejka w bufecie i brak automatu do kawy.

sobota, 2 października 2010

rodzina da vinci

Zaczął się październik. Rozpoznaję po tym, że ludzie zaczynają się spotykać po domach, często w towarzystwie egzotycznych kulinariów, które w jakiś sposób przywodzą na myśl cieplejsze rejony świata. Co ciekawe, nie wymyślono kuchni islandzkiej czy norweskiej, czy - idąc dalej na północ - eskimoskiej. Znaczy, nie wątpię w to, że w ogóle taka istnieje, natomiast na pewno się nie upowszechniła.

Więc dziś gościnnie zatrzymujemy się u rodziny Autora zdjęć, który - wcieliwszy się w rolę pizzera (wybaczcie, ale uwielbiam to słowo, od kiedy otrzymało złotą czcionkę teleexpresu jakąś dekadę temu) - podejmuje nas najcieńszym ciastem, jakie w życiu widziałam, a tym bardziej jadłam. I październik jest i w salonie: na płótnie formatu całej ściany właśnie trwa pieczenie ziemniaków w popiele czy ogniu raczej, bo na twarzach zebranych takie ciepłe refleksy. Magda objaśnia historię obrazu i widać, można w rodzinie mieć pradziadka malarza, niekoniecznie pokojowego, ale zwyczajnie z zawodu artystę. Najmłodsze pokolenie zajmuje się rysunkiem z perspektywą, konstrukcjami i układaniem fabuł z ilustracjami (bracia w wieku szkolno-przedszkolnym) oraz owocami sezonowymi (jabłka, winogrona - siostra). W fazie kulminacyjnej nasze dzieci odbywają wyścigi fortepianów zbudowanych z poduszek od kanapy, z efektami specjalnymi w postaci ogromnych karamboli. Coś do taktu etiudy rewolucyjnej.

I siedząc tam w kuchni przy stole, gdy zmrok powoli zagląda w przestronne okna, zaczynam rozumieć, że można żyć z mniejszą być może ilością pośpiechu, a na pewno z większą ilością namysłu.
Odpoczywamy.

piątek, 1 października 2010

świetej Teresy z Lisieux, wspomnienie

Odpowiada mi mały format, w nim się jakoś znajduję. W dużym prawdopodobnie czułabym się zagubiona. Więc zamiast dużego przedsięwzięcia - mały biznes. Zamiast wielkich dochodów - małe obroty.  Zamiast przestronnej sali w korporacji - małe home office z dodatkową funkcją szwalni, magazynku i graciarni. Zamiast otwartej kuchni z widokiem na morze - mały kącik, za to z wystawą prac dzieci na lodówce.

Zamiast powieści z rozmachem epickim - blog, z cyklicznością małych form i małym gronem odbiorców.

I zamiast wielkich świętych, którzy zawsze mnie przerażali swoją doskonałością, mała święta. Teresa z Lisieux. Znamy się tak dobrze, że żywię do niej uczucia siostrzane. Zamiast schodów do świętości wybrała windę i ja też wolałabym tak. Zapowiedziała deszcz róż zrzucanych na ziemię; Bratu Bliźniakowi sypnęła kiedyś nawet kilka na zlewozmywaku. Dzisiaj na dworze tylko mżawka, ale staram się nie tracić nadziei.

czwartek, 30 września 2010

zawód tłumacza

W decydującym momencie, gdy próbuję podzielić przepastny tekst tłumaczenia na stosowne pliki, edytor przestaje działać i wychodzi, trzaskając drzwiami. Powinnam zacząć odzyskiwać dane, uderzyć pięścią w stół czy zastanowić się nad własną biznes determinacją. Nie mam jednak dla siebie dobrych wiadomości: mimo szlifów zdań tak wielokrotnych, że gdybym była manikiurzystką a nie tłumaczem, klientka zostałaby już pozbawiona paznokci, myślami jednak wybiegam do czasu, gdy zlecenie oddam. Wyglądam już zwykłych rozterek, przyszywania guzików i pomponów, co odpadły w międzyczasie, zakupów hurtowych do pustawej ostatnio lodówki i innych drobnych prac zupełnie fizycznych, co nie zakłócą słuchania radia. I mimo że przyszły tydzień nie zapowiada odwilży, przeciwnie, grad dodatkowych obowiązków i zamawianie u swojego superego budzenia o jeszcze wcześniejszej porze, wyobrażam sobie złotą polską jesień ze mną na fotelu bujanym, spowitą w ciepły pled z materiału na kieckę w kratę, choćby i z robótką szydełkową w dłoni.

Awansem na poczet przyszłych przyjemności, które z każdym miesiącem przesuwają się coraz bliżej wieku emerytalnego, wprowadzam drobne zmiany w wystroju wnętrza. Przy małej lampce biurkowej podziwiam nowe kolory, dobrane przez grafik dizajnerkę. I gdy szukam dalej zaginionego tłumaczenia po komputerze, zastanawiam się, kiedy będę mogła nazwać siebie tekst dizajnerem czy podobnie.

środa, 29 września 2010

biuro festiwalowe

Bowiem niektórzy przychodzą na świat w czepku, inni z Szopenem. W czepku zapewne byłoby wszystkim bardziej do twarzy, ale reklamacji  na ten temat raczej nie uwzględnia się.
Ci z Szopenem na przykład cały dzień tłumaczą zielononózki kuropatwiane, w przerwach gapią się w okno, chyba że akurat trzeba gdzieś lecieć. Nawet wtedy jednak mają myśli niespokojne i globalne, kompletnie nie potrafią przystosować się do ciemności, zimna i deszczu i wtedy też wiedzą, że żadne rytmiczne i spokojne pimkanie Bacha czy Haydna nie opisze tego zdziwienia i żalu do szpiku kości. Zapewne na ogół są melancholikami, i to perfekcyjnymi melancholikami, bo wśród tych najwięcej audiofilskich dewiacji.

Bez względu na okoliczności miewają niskie poczucie stabilizacji i szczęścia, raczej odnoszą wrażenie, że zawierucha przestawia ich jak meble w czyimś apartamencie, zanim zdążą pozostawić odcisk na parkiecie czy jasną plamę na ścianie. Mimo iż od Szopena są z natury uzależnieni, włączają uwielbiane przez dzieci "Tyle słońca w całym mieście" oraz "Ach, jak przyjemnie". Rzec by można, rodzina ich przed Szopenem ratuje i przywraca życiu tu i teraz, bo tkwiliby z niewidzącym wzrokiem na ścianie do śmierci głodowej - być może.

To teraz idę coś zjeść.

wtorek, 28 września 2010

eine kleine nachtmusik

Wieczorem radio przylepia plaster na te dwa dni walki w okopach. Jak gdyby z deszczem, który zaczął się w niedzielę wieczorem, spłynęły wszelkie nie do przewidzenia implikacje i komplikacje, co dwie doby mogłyby rozsadzić i obdzielić jeszcze te pozostałe do końca tygodnia. Ale niebezpieczeństwa zażegnane, stany zapalne zaleczone do odwołania i zatrzymuje mnie na chwilę "Trójka".

Sianecki się dziś mądrzył, że trójka to styl życia i ja w takim układzie trójkowa nie jestem, mnie decybele promowanej muzyki progresywno-indi-pendentnej po prostu uderzają prosto w pień mózgu i nokautują migreną na cały dzień. Ale wieczorem, gdy auto próbuje zdążyć po mokrej kostce brukowej do rytmu wycieraczek, przynudza Chet Baker - i przypomina mi się sprezentowany Rufus Wainwright, na którego życie toczy się za szybko. A w drodze powrotnej, w moim samochodowym salonie muzycznym, dowiaduję się, że minęło już pięć lat czekania i zaraz będzie Konkurs Chopinowski. I z auta nie wychodzę, słucham, mówią o tym, jak się pianiści przygotowują.
I już wszystko wiem, jak będzie: oddam zlecenia do oddania, wyłączę telefony i jak niegdyś nastolatka, z uchem przylepionym do głośnika radia z demobilu, będę nieefektywnie, nienowocześnie i mało atrakcyjnie z punktu widzenia fabularnego, słuchać*.

*Lirycznych opisów tu w tej chwili oszczędzę, pióro zbyt wątłe, mogłoby wyjść karykaturalnie.
** Alu, wiem, że nie lubisz Chopina. Ja niestety się z nim urodziłam zamiast czepka.

poniedziałek, 27 września 2010

niedziela dla przyjaciela

Gdy jednak goście przychodzą, rozterki związane z życiem (nie) jak z bajki mijają jak ręką odjął. I w sumie czy to nie dziwne, że ciągle się spotykamy, wbrew logice otaczającego świata - co dwa tygodnie na kawie, szósty już będzie rok z rzędu. W tym czasie część rezydencji zamieniła się z M2 na dwupoziomowe apartamenty lub domy, tylko u nas czas jakby w miejscu przystanął. Ale przecież nie rozmawiamy o tym, przecież zajmują nas inne sprawy. I bez tych więzi wydaje się, że smak życia byłby jakiś zwietrzały.

Wieczorem dzwonią Yola i Pietruszka spod Paryża i to już w ogóle jest kropka nad i. Wyobrażam sobie deskę do prasowania te tysiąc paręset kilometrów stąd, i jak w czasie rozmowy spod żelazka wychodzą koszule. Okazuje się, że tam też mają grafiki szkolne, dżudo i grę na trąbce, i wszystko do pogodzenia w jednej rodzinie. Czuję się internacjonalnie pokrzepiona i zakasuję rękawy do walki z grafikami.

Dziś basen dziecka starszego i zebranie trójki klasowej, na allegro szukam niedrogiej maszynki do bilokacji.

skansen

Przygotowanie domu na przyjęcie gości zawsze uświadamia mi zawsze, że nie mieszkamy w pałacu za siódmą górą. Bo innym okiem patrzę na górnopłuk w toalecie, na wannę, z której emalia odeszła w siną dal, gdy potraktowałam ją wyjątkowo żrącym specyfikiem do mycia wc, chcąc zrobić jej mały lifting.

Przymierzanie odzieży przed wizytą gości uświadamia mi z kolei, że nie jestem królewną zza siódmej rzeki, i to nie nawet z choćby jakiejś zubożałej dynastii. Powinnam w końcu podjąć jakąś dietę, ale mam typowo polskie umiłowanie wolności: wolny zawód, wolna dieta, kawa na śniadanie i baton zamiast obiadu - jeśli nie co dzień, to wystarczająco często, by lustro powoli zamieniało się w ścianę płaczu.

piątek, 24 września 2010

zakątek cmentarza

"Dobrze, że się wrzesień kończy, bo zostaje już tylko listopad, grudzień, styczeń i luty zaprowadzania na drugą zmianę", mówi pod szkołą koleżanka, której córka chodzi do klasy z moją. I mnie uderza, zwala z nóg, ta perspektywa. Jakbym miała stwierdzić: fantastycznie, że kolejny miesiąc mam za sobą, już o jeden mniej do życia. Bo u mnie generalnie zmienność sezonów ma posmak Koheleta, ja pamiętam, że to już przecież było, że było już tyle razy, a nie wiadomo, ile jeszcze się zdarzy.

Potem ląduję z dziećmi w panieńskiej parafii, obok duszpasterstwa akademickiego, gdzie zeszła młodość, i zbieramy kasztany i liście w ramach zadań domowych. Po jednej stronie mamy szpital hematologii dziecięcej - za murem poniemieckim, tak myślę, słychać głosy dzieci, które też być może kasztany biorą właśnie do rąk - a po drugiej jest cmentarz, gdzie Babcia, Dziadek i kilkoro jeszcze przodków.

I dzieci chcą na cmentarz, tam przecież jest nagrobek ze śmigłem, bo zginął śmiercią pilota, i w słońcu idziemy. Wokół grobu Babci chaszcze po kolana, jakoś od ostatnich zaduszek zeszło, i zastanawiam się, jak przekłada się poziom sympatii względem zmarłego na stan ogólny jego kwatery. Sprzątamy jednak Babci, w chaszczach znajdujemy główkę kości ramienia lub przedramienia, suchą na wiór. Odkładam na nagrobek obok, niech się martwią sąsiedzi.

No tak, wrzesień się kończy, dzieciaki wesoło pokrzykując biegną do auta, będziemy robić kasztanowe ludki.

husbandry

Chylę czoła przed hodowcami kur zielononóżek kuropatwianych, rozumiejąc, że przypadł mi nie lada zaszczyt tłumaczenia tekstu o projekcie, finansowanym ze środków unijnych, z udziałem ich ekologicznych pupilów.

Jednocześnie odkrywam rozległe luki w mojej wiedzy leksykalnej, i niemal padam trupem ze zdziwienia, że hodowla po angielsku to "husbandry". "Animal husbandry" i każde inne też.

Nie wiem, czy ma to jakiś związek z faktem, iż wedle pradawnych wzorców patriarchalnych, kobieta gotowała mężowi zupę i drugie, opierała i prasowała upierzenie, a nawet strzygła w razie potrzeby, innymi słowy, wykonywała szereg czynności pielęgnacyjno-"hodowlanych"(?). Nie umiem powiązać "husband" z "husbandry", myślę, że pewnie złośliwość dziejowa połączyła oba terminy. Chyba że husband zajmował się krowami i drobiem, a jednak i tutaj mam wątpliwości, starając się go sobie wyobrazić w gumiakach i wełnianej czapce, na chybotliwym stołku do dojenia.

Zapraszam filologów do debaty na temat, żebym nie wyszła, tfu tfu tfu, na jakąś nową wersję Środy. Pani minister, I mean.

czwartek, 23 września 2010

lost in translation

Dni bez samochodu mam już prawie tydzień, ponieważ dzień rowerowy ukazał mi w korzystniejszym świetle odległości pomiędzy punktami, w których toczy się nasze życie. Więc spacerujemy; doba układa się w rytmie do i z, w dodatku wszędzie zdanżam. Grzybek ćwiczy słabe mięśnie, Skakanka dotlenia mózg poza murami szkoły, ja wyobrażam sobie, że chudnę, mimo zjedzonej nad klawiaturą czekolady w czasie dwóch przydziałowych godzin dziennie na pracę koncepcyjną, gdy nigdzie i po nikogo nie trzeba akurat jechać, przepraszam, iść.

Ciasno mi bardzo w tej kulawej ćwierci etatu, a przecież chwilowo mój small biznes przeżywa rozkwit i błogosławieństwo krótkoterminowych zleceń. I doprawdy nie wiem, czemu chwytam się tej ćwierci życia zawodowego jak linki ratowniczej, gdy w zasadzie, by uniknąć komplikacji, należałoby się puścić i mieć o jeden temat mniej do martwienia się.

Ale póki co, tłumaczę. Tłumaczenie jest rozkładaniem słowa na czynniki pierwsze, aż znajdzie się to jedno, które skupi w sobie całe bogactwo kontekstu. Zanurzona więc w słowa po uszy, czasami boję się, że będzie ze mną jak z Iris Murdoch, której Alzheimer odebrał całą mistykę słów. I na brzegu morza siedzieć będę, z zapisanych kartek robiąc łódki i samoloty, bo słowa nie będą mówiły już nic. I gdy z Grzybkiem wędruję, i rozmawiamy, i słowa mi uciekają, zastanawiam się, czy to już jakieś preludium. A może tylko za mało snu.

Dobranoc.

środa, 22 września 2010

poniedziałek, 20 września 2010

bike day

Dzień spędzam na rowerze, wcale nie za miastem w celach rekreacyjnych, ale właśnie wzdłuż i w poprzek centrum, gdzie znalezienie miejsca parkingowego dla auta koło południa jest trudniejsze niż zakup czekolady w latach ścisłego kryzysu.

Więc załatwiam po kolei sprawy w punktach mapy kreślonej przez bardzo kiepską wewnętrzną nawigację. Pan w garnitur ubrany przez sieć telefonii cyfrowej bardzo uprzejmie otwiera mi drzwi, gdy rower wprowadzam do salonu i przy oknie stawiam na nóżce, a pani parzy mi kawę, informując o zmianach w opłatach i perspektywach. I już nie czuję się jak biznes woman na szpilce, przecież przyjechałam w bojówkach i obuwiu sportowym; czuję się jak młody, rzutki przedsiębiorca. Można bowiem na moment zapomnieć o realiach, zwłaszcza, gdy takie słońce, i ta prędkość na dużych skrzyżowaniach, gdy na przejściu dla pieszych szerokim łukiem wymijam przechodniów.

Dziś naprawdę pociesznie dla mnie wyglądają kierowcy samochodów, którzy siedzą, a jadą; od biurka siedzącego, do auta, z auta na kanapę i tak całe życie cywilizacja kształtuje posłusznego homo sedens. A ja dziś nie, ja dziś z wiatrem we włosach zapytuję w bibliotece alma mater, a co tam słychać po latach, i pogodnie Grzybka na tylnym siodełku transportuję z przedszkola pod szkołę. It's a perfect day, chciałoby się rzec.

Może po prostu jazda wywołała jakieś nagłe przetkanie kanałów dla neurotransmiterów - endorfiny i te sprawy.

sobota, 18 września 2010

w ramionach korporacji

Gdy mój Brat Bliźniak w Hyde Parku oczekuje na przybycie Benedykta XVI, boski Andy zabiera nas na korporacyjny piknik rodzinny, wzorem ojców założycieli, którzy zawsze swoim pracownikom raz do roku grillowali. Założyciele na pikniku są także, wycięci pięknie z kartonu w rozmiarach naturalnych, przed drzwiami garażu podobnego temu, w którym ponoć wszystko się rozpoczęło. I nie wiem, czy mam o tych wesołych dziadkach, co from ruggs to riches, myśleć ciepło czy przeciwnie, bo korporacja nas żywi i ubiera, a z drugiej strony z boskiego wysysa zasoby naturalne jak dobrze usadowiony na karku wampir.

Z mieszanym uczuciem więc ściskam ręce wszystkim, zjadam kawał tortu firmowanego niebieskim logo, i zastanawiam się, czy można to uznać za jakieś rytualne pożarcie korporacji przez żonę. Dzieci zaś zachwycone balonami i atrakcjami bez liku, logo rozpoznają już wszędzie. Skakanka zdobywa laury na konkursie plastycznym oraz festiwalu wolnej twórczości, gdzie - ku naszemu zdumieniu - zgodnie z własnym wewnętrznym impulsem prezentuje krok do walca angielskiego w wersji podstawowej, jak siekierą w wodzie. Potem ściskam następne ręce, jako żona szefa lub podwładnego, w zależności od punktu siedzenia. Objuczeni nagrodami i tym, co z pikniku można było wynieść gratis, wracamy do domu nocą. W home office zasiadam potem cicho i myślę, nie ma jak zupełnie small biznes.

janosik: a true story

Niech to szlag. Oglądanie filmów w piątkowy wieczór ostatnio oznacza zafundowanie sobie bardzo kiepskiego początku weekendu. Nie tylko, że chce się spać, ale też i nie ma co wspominać.

Weźmy na przykład "Janosika". Pani Holland powinna się zająć kopiowaniem mistrzów, nie zawracaniem kijem górskiego potoku. Cóż za przygnębiająca, fragmentaryczna opowieść, której dłużyzny są niczym nie usprawiedliwione. Cóż za nadęta historia, z pretensjonalnym "true story" w tytule; cóż za żałosny bohater, niczym poeta na murach, zatknięty mimo woli na czele bandy nieokrzesanych pomyleńców. Cóż za język filmu, Zola by się w grobie przewracał, bo naturalizm w tak siermiężnym stylu już dawno jest passe. Można by zaakceptować sikanie na planie, mazanie się baranim łajnem, umierające noworodki i obcinane siusiaki, a nawet powieszenie na haku, gdyby widz wiedział, po co. Ale żeby tylko dlatego, że się Pani Holland ubzdurało - trudno przełknąć pejzaż wydzielin i całą tą pornografię śmierci, której im bardziej widz się boi, tym bardziej powinien pooglądać sobie z bliska, przez dziurkę od klucza. A potem wyjść z kina i powiedzieć: ale mocny film, ale odwaga. Bo znowu aktorzy biegali z gołymi dupami, i to tak liczebnie jak dawno.

A jeżeli widz lubi pornografię śmierci i tortur, odsyłam do opisu z pierwszej strony "Nadzorować i karać: Narodziny więzienia", teologa świata bez duszy, zasuszonego Michela Foucault. Przy tym łamanie kołem to nic, pikuś naprawdę. Więc zszokowana nie jestem, większość scen, zwłaszcza z udziałem histerycznego jak zwykle Żebrowskiego, budziła uśmiech politowania.

Lekcja dla mła: nie opowiadać historii, gdy się nie ma nic do opowiedzenia.

czwartek, 16 września 2010

littlest pet

W siatce z rana sałata.
Nie było żadnego cudownego uzdrowienia, by zaspokoić ciekawość drogich Czytelników.

Ale Skakanka poszła znowu do szkoły, a sałata stała się pilnie potrzebna po tym, jak otrzymaliśmy podrzutka w kwiatach. Kwiaty boski Andy znalazł na swoim rowerze o ósmej rano. Znowu spieszę wyjaśnić, że nie od pracownicy zachwyconej imprezą integracyjną z boskim w stroju pirata w roli głównej, i nie żadna poczta kwiatowa, lecz, jak zwykle - sąsiad, bukiet zaś z działki. Sąsiad emerytowany, kwiaty dla córki, by już zupełnie położyć kres spekulacjom.

W kwiatach Skakanka z kolei odnajduje ślimaczka, którego oplombowuje w słoju, jako upragnione zwierzątko do "mania" czy "miecia", bo już niemal wszystkie dzieci mają.

Więc nie było ozdrowienia, a słyszę stąd i zowąd, że wszyscy na zdrowiu podupadają, jedni już na L4, inni jeszcze na warcie. I gdy siatki ze wszystkim plus sałatą na górę wnoszę, myślę, że winę ponosi to chomąto, które wrzesień plecie z grafików i odpowiedzialności, i wiemy, że zostanie na karku do następnych wakacji. Na zdrowiu kładzie się cieniem.

środa, 15 września 2010

dream a little dream

Podejrzewam, że te mikstury przeciwgrypowe, przez lata omijane przeze mnie szerokim łukiem, aż do kapitulacji w ostatni poniedziałek, to sprawiają. Śnią mi się bowiem, podczas dziewięciogodzinnego odpoczynku nocnego, sny niezywkłe zupełnie.

Najpierw wyprowadzka do kamienicy. Suchej, ładnej; mieszkanie umeblowane w jakimś nieco aksamitno-bordowym stylu, aż dwa pokoje, czyli o połowę mniej niż tu, a mimo to nastrój nam towarzyszy podniosły, gdy boski Andy wnosi manele, a ja szafki kuchenne pod sufitem gdzieś zapełniam. I tylko łóżko dla mnie ktoś postawił na werandzie, prawdziwe z pierzyną, za to na otwartym powietrzu, daszek ze słomy chroni jedynie przed zmoknięciem - oglądam przy jesiennej aurze tylko zza szyby. I nie pamiętam, czy to w tym śnie pająk, czy z dnia poprzedniego, pojawiają się bowiem często, zaś w snach w wersji gore zasnuwają pajęczynami stary panieński pokój, że nie da się przejść.

Druga część jeszcze bardziej zaskakująca, przy kasie marketu z taniej sieci dowiaduję się, że tydzień temu opłaciłam sobie przelot do Paryża, za parę godzin, i tylko pan kasjer przeprasza, że bilet gdzieś się zawieruszył. I radość miesza się z nieznacznym smutkiem, w końcu nie planowałam żadnych wyjazdów.

Takie sny kury domowej z gierkowskiego M.

wtorek, 14 września 2010

izo(k)latka

Najgorsze to opadnięcie z sił. W dniu, w którym ze Skakanką nie wystawiamy nawet nosa na zewnątrz, świat kurczy się do salonu wielkości szatni klubu trzeciej ligi. W imię bohaterstwa oraz w imię etosu pracy, któremu podobno wcale nie hołduję, piorę, wieszam, oraz produkuję krokiety, a nawet w przerwach tłumaczę, i grypa zapewne to sprawia, że nie do końca wiem, jaki mamy dzień tygodnia. I tylko jęki z siebie wydaję raz po raz, a Skakanka wtóruje kaszlem, jak gdyby miał ktoś ocenić, komu lepiej wychodzi chorowanie.

Dopiero późnym popołudniem boski Andy oddelegowuje mnie do izolatki, a ja w niej jak tygrys w klatce, nie umiem odnaleźć się nicnierobiąc. A szkoda, nicnierobienie ponoć człowieka konfrontuje z jego najgłębszym "ja". Moje zaś "ja" jeszcze w izolatce tłumaczy, zapisuje słówka, obmyśla metody wychowawcze, które wyzwolą pokłady twórczości nie obracając wniwecz zrębów dyscypliny (gdy słucham zza drzwi odgłosów negocjacji w salonie), kroi sukienkę w kratę oraz maluje nową skrzynkę na klucze - dwie ostatnie pozycje - w duchu, jedynie.

Widocznie chora jestem jeszcze za mało, by moje "ja" mi się ukazało.

poniedziałek, 13 września 2010

majaki

Przewiduję, że podobnie będzie na emeryturze, na czas której odłożyłam już wiele planów, za to bardzo niewiele funduszy, niech mi ZUS wybaczy. Podejrzewam, że będę nadal mieć wizje i chęci, a dodatkowo jeszcze racjonowany obecnie "czas wolny", ale nie starczy sił.

Rozbiera mnie bowiem grypa i odczuwam ogromne rozżalenie, nie tylko faktem, że trudno odnaleźć kawałek mięśnia, który by nie bolał. Z żalem myślę o tłumaczeniu, na które zlecenie chyba przyszło, choć nie wiem na pewno, w głowie wiruje mi Skakanka kaszląca w trybie odtwarzania ciągłego, kariera pisarska Erica-Emmanuela Schmitta, przeczytana gdzieś w prasie, paczka chusteczek, które ktoś musiałby kupić i dostarczyć, sukienka w kratę, która gotowa będzie na wiosnę jak nic, oraz dalsza lista dużych i małych obowiązków, niespełnionych zamierzeń oraz zbyt śmiałych planów.

Dopijam ciecz musującą, która uśmierzy wszystko (ciekawe, czy poradzi sobie również z powyższym spisem) i wypuściwszy z dłoni listę wszystkich "must do", zapadam się w poduszkę - przynajmniej na czas projekcji bajki dla dzieci. Niech żyje Pixar.

niedziela, 12 września 2010

i ty będziesz maratończykiem, rzekł boski Andy

Postanawiam wczoraj, że wstanę rano tylko, jeśli dzieci wstaną stosownie wcześnie, żadna bowiem siła nie jest w stanie pozbawić mnie niedzielnego picia kawy przy niespiesznym śniadaniu. Teoretycznie, przynajmniej. Boski Andy bowiem jakimś cudem nakłonił mnie do zapisania się wraz z dziećmi na maraton w wersji lajt, czyli bieg na milę olimpijską.

Więc dziś, przed dziewiątą, gdy mgły spowijały jeszcze cały stadion olimpijski, historia zaś wyznaczała równo 2500 lat od pierwszego biegu maratońskiego (jak się skończył - wszyscy wiemy!,) stawiliśmy się na starcie. Gdybym nie widziała, tobym nie uwierzyła: ja, planująca uszycie sobie przytulnej i eleganckiej sukienki - w kanarkowo-żółtym podkoszulku sponsora biegu (rozmiar L, bo pozostałe "wyszły"), z numerem startowym 1301. Oburącz - dzieci, Skakanka we wspomnianym wyżej podkoszulku L, a Grzybek jedynie z numerem startowym, gdyż T-shirt sponsora sięgałby mu do kostek. Oraz boski Andy, z plecakiem wszystkiego i aparatem fotograficznym.

Poziom rywalizacji nie był wysoki; rodzice z wózkami też biegli, jeden uczestnik nawet z bliźniakami, oraz piesek przebrany także w żółty podkoszulek. Skakanka - sto metrów przed nami, Grzybek - przebierał nogami najwięcej, bo miał najkrótsze. Po 1600 metrach ustawiamy się w kolejce po odbiór upominków od sponsora, i tak moje dzieci wchodzą w posiadanie pierwszych gier PC. A dotąd żyły w przekonaniu, że komputer jest be, zaś sport to zdrowie.

Opalona mówi, że za rok też pobiegną i czuję, gdy widzimy się na spotkaniu paczki, że stworzymy mocne czoło peletonu. Dziś bowiem przybiegliśmy przedprzedostatni.

sobota, 11 września 2010

trochę soli, trochę pieprzu

Znajdujemy w domu produkt zagrożony przeterminowaniem. Produkt jest podwójny i niebieski, ale to nie ser pleśniowy w dwupaku, lecz bilet do kina na dowolny film. Boski Andy dostał go od naszych Miłych Sąsiadów w roku zeszłym na andrzejki, ale jak widać rozrywka to nie nasza najmocniejsza strona i dopiero groźba przeterminowania zmusiła nas do podjęcia zdecydowanych kroków.

Więc najpierw skierowaliśmy kroki na kinderbal, gdzie zaproszone były nasze dzieci, i tam też je (dzieci) zostawiliśmy o godzinie szesnastej. Potem zaś udaliśmy się na jedyny film o szesnastej piętnaście we wskazanej na bilecie sieci kin. Film nosił tytuł "Salt" i gdyby nie bilbordy rozwieszone po mieście, myślałabym, że to dokument o Wieliczce.

Dawno z boskim Andym nie widzieliśmy podobnego gniota, skala porażki jest absolutnie nie do pobicia i podejrzewam, że Jolie zagrała w filmie tylko dla pieniędzy. Mielizny fabuły są takie, że utknąłby na nich nawet dziecięcy pontonik, a autor scenariusza, Kurt Wimer (a tak podobało mi się jego Equilibrium!) pogrzebał dla mnie swoją reputację na zawsze. Tak idiotycznej intrygi bowiem nie pamiętam od czasu Air Force One, który przy Salt wydaje się przecież arcydziełem. Jedyną ciekawostką - Daniel Olbrychski w roli Rosjanina. A gdybym była szefem rosyjskiego rządu, po premierze filmu wycofałabym z USA cały korpus dyplomatyczny - bo mamy tu do czynienia z Rosją dziką, jak z pierwszych dżejmsów bondów; wierzyć się nie chce, że producenci wsparli tak anachroniczny zestaw pomysłów, a amerykańska publiczność go łyknęła.

Gdybym mogła wybierać jeszcze raz, zamiast soli z Jolie - byłaby kawa i ciasteczko.