Mogłabym napisać, że moje ferie wyjazdowe skoczyły się po dwóch dniach i pierwszej lekcji nart. Z mocno wyakcentowanym świętowaniem dwóch lat "Przystani", bowiem "koleżanka z Redakcji", Dosia, akurat była organizatorką naszego wyjazdu o charakterze wielce rekreacyjnym. Potem w związku z zawirowaniem zdrowotnym Okruszyna musiała włączyć tryb emeryta w sanatorium. Więc jeszcze spacer do Doliny Kościeliskiej, ale potem już tylko huśtawka obok stoku, a jeszcze potem łóżko z widokiem na zlane słońcem Tatry.
Ale ferie nie skończyły się po dwóch dniach. Wszystko opromieniała obecność paczki przyjaciół. Doktor J, przygotowujący pod okiem Renee prawdziwe latte w wysokich szklankach. Aż strach myśleć, co by było, gdyby postanowili jednak nie dojechać. Nie wspominając, że wraz z nimi dostaliśmy w pakiecie tak bardzo potrzebne ratownictwo medyczne. Georgiana, pokazująca ile może unieść słomiana wdowa z szóstką dzieci (no dobra, czwórką, ale szóstka brzmi bardziej dramatycznie). No i sama Organizatorka Dosia, inicjatorka kulturalnych biesiad, w których z Renee uczestniczymy jedynie z kieliszkiem soku porzeczkowego. Jak on świetnie udaje wino. I jeszcze Dosiny MdM, z którym każdy obiad zamieniał się w beztroskę.
I bohater numer jeden, czyli Boski Andy, dzięki któremu stało się to, czemu nigdy nie dałabym wiary: dzieci nasze nauczyły się jeździć na nartach. Skakanka to nawet śmigać tak, że dech zapierało, gdy po emerycku zachodziłam popatrzeć.
Niespodziewane nasze Zakopane, roku Pańskiego dwa tysiące czternastego.
;) zdrówka zatem, gratulacje dla dzieciaków! u nas tez nadal tryb pociągający u kobitek :)
OdpowiedzUsuńZanurzam się w Waszym cieple ;)
OdpowiedzUsuń